Pokaż / ukryj menu

3200km dookoła Polski

Trasa maratonu poprowadzona jest możliwie najbliżej granic Polski. Przechodzi przez najpiękniejsze zakątki kraju.

Wszystko jest możliwe

Stań razem z nami, wśród najtwardszych kolarzy na świecie, na linii startu jednego z najdłuższych maratonów rowerowych na Ziemi.

Dookoła Polski w 10 dni

Na tak długiej trasie wszystko jest możliwe, najważniejsza jest strategia i odpowiednie rozłożenie sił.

Monitoring 2021 Zawodnicy 2021 Relacja MRDP 2021 Komentarze Aplikacja MRDP

Gosia Szwaracka – Relacja MRDP 2021

Wchodzę na salę pełną znajomych twarzy. Obok jest i druga sala, pełna obładowanych rowerów. Jest mi słabo, mam wrażenie, że zaraz ze stresu przewrócę się i zemdleję. I wtedy się obudzę… Nie, to nie jest sen, mimo że przez kolejne dni sen nieraz będzie mieszał się z rzeczywistością. Maraton Rowerowy Dookoła Polski. 3200 km, limit 10 dni. Start jutro o godzinie 12.00. Od dawna marzyłam, by się tutaj znaleźć – teraz nie jestem pewna, co ja tu w ogóle robię…

 

Maraton Rowerowy Dookoła Polski

21.08. – 03.09. 2021

Jaki mam plan? Pytanie, na które zawsze najtrudniej mi odpowiedzieć. Jeszcze przed chwilą planu nie było. Pochłonięta przez ostatnie tygodnie mnóstwem przygotowań – od kompletowania sprzętu po własnoręczny bikefitting robiony na ostatnią chwilę – na jakikolwiek plan czasu już tradycyjnie nie starczyło. Do ostatniej chwili zastanawiam się, czy jechać w kategorii solo czy open. Wczoraj zdążyłam w końcu spojrzeć na trasę, zrobić naprędce rozpiskę – która uświadomiła mi, że chyba nie jestem gotowa na jazdę tak wielkiego maratonu zupełnie samotnie, na restrykcyjnych zasadach samowystarczalności – nie mając w zasadzie doświadczenia w długodystansowej samotnej jeździe. Dwóch Tomków proponuje mi, bym zabrała się z nimi do Przemyśla. Trzeci mówi, że nie czuje się teraz na jazdę solo – i dołącza się do nas. Wspólna jazda to może być strzał w kolano, wolę jechać swoim tempem – ale może przejadę z chłopakami jakieś dwa pierwsze dni, a potem już po swojemu. I jakoś to będzie. Poza mną na trasie jechać będą jeszcze dwie dziewczyny – Marzena (solo) i Renata (open).

Robimy zdjęcie przy stole. Na zdjęciu osiem osób. Wszyscy uśmiechnięci. Ile z tych osób zobaczy się tutaj za dziesięć dni ponownie?…

 

DZIEŃ 1. Miłe zimnego początki

Rozewie – Bartoszyce 287 km

Nuda. Nic się nie dzieje. Trudna to sytuacja opisać tak niezwykłą przygodę, gdy zacząć trzeba od pierwszego dnia. Zwykłego, pięknego dnia na rowerze. Zamiast trzęsienia ziemi na początek mamy radosny wspólny start spod latarni w Rozewiu, i wypełnione small talkami tasowanie w sporej grupie, meandrując między zakorkowanymi ulicami Kaszub. Obiecuję jednak, że napięcie w tej opowieści będzie stale rosnąć, niczym napięcie narastające w naszym zespole, przy każdym okrzyku „Tomek, kur…zwolnij!”.

No i znów. Znów wypruł bez sensu na prostej, pustej serwisówce żuławskiej es siódemki, znikając gdzieś w blasku majaczących w oddali złotych łuków. Godzina 18.00, 130 km, pierwszy krótki postój w Mcdonald’s.

– Zostało 15 minut – jeden z Tomków spogląda na zegarek, gdy jesteśmy jeszcze w trakcie składania zamówienia. Czuć już, że ten maraton jest wyjątkowy – mamy przed sobą 10 dni gonitwy, gdzie każda stracona minuta będzie nas oddalała od mocno wyśrubowanego limitu.

Jednocześnie zapowiadają się rewelacyjne wakacje, pełne zapadających w pamięć widoków. Zachwycamy się zachodem słońca nad Nogatem, wzdłuż którego jedziemy przez dłuższy czas, i malowniczym zjazdem przed Kadynami, z którego roztacza się fantastyczny widok na Zalew Wiślany.

Jednak im dalej w noc, tym robi się coraz mniej wakacyjnie. Jeden krótki postój, by się ubrać, za jakiś czas kolejny i kolejny…zaczyna robić się zimno. Bardzo zimno.

Godzina 1:30. Docieramy na mały Orlen w Bartoszycach. Kameralnie ukryty fragment wykafelkowanej podłogi za lodówkami wygląda całkiem zachęcająco. Przekonuję Tomków, by ułożyć się tutaj na ok. 2-godzinną drzemkę. Wiem, większość osób pierwszą noc jedzie – u mnie się nie sprawdza. Za jakiś czas budzi mnie chrapanie, a później – moje własne dreszcze. Nos cały zakatarzony, trzęsę się, choć podobno panie z obsługi nawet podkręciły temperaturę. Ktoś rzuca na mnie kurtkę, chłopaki już i tak od jakiegoś czasu nie są w stanie spać, ruszamy.

Na postój zeszły łącznie 3 godziny, tym sposobem zostaliśmy już gdzieś na końcu stawki. Za to pasek z punktami życia unoszący się nad naszymi głowami (tak, bo to wszystko jest grą, skomplikowaną grą strategiczną) – nieznacznie podkręcony.

 

DZIEŃ 2. O kategorii open słów kilka

Bartoszyce – Giby 233 km

Wschód słońca. Doganiamy Renatkę z Wojtkiem, cieszymy się razem widokami, chwila radości i beztroski…ech, no i znów do roboty, gonić chłopaków.

Jechać w kategorii open to rzecz prosta nie jest. Jeżeli ktoś widząc przy zawodniku dopisek „Open” wyobraża sobie zwartą, wesoło gaworzącą grupkę, ba – nawet może i peleton sprawnie dający sobie zmiany…to jest spora szansa, że są to wyobrażenia mylne.

Ja swoich Tomków głównie albo gonię, albo im uciekam. Kiedy doganiają, to nie jest dobrze, bo znaczy że wtedy jest ten trudny moment, kiedy trzeba się jak najdłużej utrzymać na kole. A potem znów widzę ich plecy gdzieś za kolejnym mazurskim podjazdem, oczekując aż zatrzymają się z jakiegoś powodu, a ja tradycyjnie powitam ich słowami „to ja jadę dalej”. Prościej mówiąc – nie dopasowaliśmy się tempem. Brzmi wesoło, ale mi wesoło jest coraz mniej. Tak więc dźwigam pokornie to brzemię kategorii „open”, pielęgnując w swym serduszku uczucie podenerwowania i frustracji.

Na „śniadanku” (były tylko hot-dogi) na Orlenie w Węgorzewie dojeżdża Irek z ekipą. Witam się radośnie, szukając zrozumienia – okazuje się, że on też boryka się z kategorią Open, i też jest mu trochę za szybko. Śmiejemy się, że i tak pewnie odpadniemy i spotkamy się przypadkiem gdzieś w górach. Niestety – spotkaliśmy się już tylko na drugim śniadaniu pod sklepem w Gołdapi. Później dowiaduję się, że Irek zerwał przerzutkę i tak zakończyło się niestety jego tegoroczne MRDP.

O co się można pokłócić po słabo przespanej, zimnej nocy, gdy ma się kilkaset kilometrów w nogach? Ano o wszystko:

– Co Ty, nie odkładasz kolana jak skręcasz na zjazdach?

– Wyjątkowo nie odłożyłam, miałam swoje powody. Co, może mnie jeszcze będziesz teraz uczył, jak zmienia się przerzutki * w rowerze?

I już wiadomo, że nie będzie lekko. Że ze mną nie będzie lekko.

*cwanie nie wspomniałam nic o na przykład hamowaniu – od kiedy Tomek pokazał mi całkiem niedawno w górach pewien sprytny sposób na hamowanie, całkiem chętnie z niego korzystam

Jak więc widać, atmosfera jest całkiem napięta. Kolejny raz widzę jak ,plecy chłopaków robią się coraz mniejsze i mniejsze. Z każdym takim razem wzrasta we mnie ta frustracja, że jestem zbyt słaba by trzymać tempo. W głowie coraz głośniejszym echem odbijają się wszystkie wypowiedziane w nerwach słowa. Zaczynają wylewać się łzami na zewnątrz. Wciskam w tej histerii mocniej w pedał. I jeszcze mocniej. Zrzucam do końca tylną przerzutkę. Doganiam. Nie chcę, by ktoś widział teraz moje łzy, chcę być teraz sama. Mijam jednego Tomka, drugiego, trzeciego. Kładę się na lemondce. Przyspieszam jeszcze mocniej. Z tyłu widzę już tylko pustą drogę. Mijam pod górkę jakiegoś innego zawodnika. Wyjeżdżam z lasu na otwartą polanę. Łzy mieszają się ze śpiewem, z krzykiem, złością. I gonię, gonię tak, nie odpuszczając, aż do PK17 w Sejnach. Pierwsza. Pierwsza podbijam smsem ten wirtualny punkt…jak gdyby nigdy nic, pełna radości i rozpierającej mnie pozytywnej energii. Endorfiny uderzają do głowy, dawno nie czułam się tak dobrze. Ach ten rower – lekarstwo na wszelkie smutki.

Jest godzina 17. Tu zasiadamy z chłopakami w restauracji „Skarpa” z daniami litewskimi i regionalnymi. Delektujemy się kwasem chlebowym, do tego chłopacy zamawiają kartacze, ja biorę kiszkę ziemniaczaną. Zastanawiamy się co robić dalej, ponieważ we wszystkich miejscach, do których byłoby dziś optymalnie na noc dojechać – nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności akurat na dziś nie było miejsc, już przed startem maratonu.

Udaje się znaleźć kwaterę niedaleko stąd, w Gibach. Jest jeszcze jasno, mimo wszystko może trzeba było jechać dalej, może próbować jeszcze szukać noclegu. W późniejszej analizie, uznaliśmy że tego wieczora popełniliśmy największy błąd taktyczny zawodów, i od tego czasu znajdowaliśmy się już w coraz bardziej niewłaściwym miejscu o coraz bardziej niewłaściwym czasie. Na jedzenie, zakupy i krótki dojazd schodzą aż dwie godziny, i o zachodzie słońca meldujemy się na kwaterze z przepięknym widokiem na jezioro Gieret na Suwalszczyźnie. Minęło już 31 godzin jazdy, za nami dopiero 510 km a my już kładziemy się spać – trzeba więc ruszyć najpóźniej koło godziny 2, jutro czeka nas mnóstwo pracy.

 

DZIEŃ 3. Nieoczekiwany obrót spraw

Giby – Włodawa 425 km

Błędem taktycznym mogło być też zamówienie tej tłustej kiszki ziemniaczanej i popicie jej za jakiś czas shotem BCAA z Żabki. Tej nocy sen urozmaicałam sobie wycieczkami do toalety.

Kilka razy przestawiamy budzik, a może w końcu w ogóle przestał dzwonić – budzimy się w każdym razie o wiele za późno. Nim wszyscy się zebrali i wyjechali zrobiła się godzina 4:30.

Staramy się już wszyscy współpracować, dyscyplinować, trzymać grupą. Tomek nadaje tempo, czasem pokrzyczy, pilnuje, by inne Tomki i Gosia (co ledwo zipie) równo jechali. Mijamy kanał augustowski,  spowity w porannej, mroźniej mgle. Piękny, choć zimny poranek na Podlasiu.

Wraz z informacjami o tym, że pogoda ma się mocno pogorszyć pojawiają się też pierwsze wycofy z powodu zimna. W naszej grupie też już powoli słychać podobne pomysły, coraz częściej przekleństwa mieszają się ze słowami „pociąg” i „limit”.

Według mojej rozpiski jesteśmy zresztą już 7h „w plecy”, czyli wypadliśmy już poza limit 10 dni. Jeszcze wczoraj na obiedzie w Sejnach „poślizg” wynosił tylko 1h. No nic, trzeba jechać, może jednak uda się nadrobić – ta myśl nas napędza.

Przynajmniej mam dziś już całkiem niezły humor. Do jednego z Tomków od wczoraj się nie odzywam, cisza, spokój. Podjeżdża ów Tomek, chwila rozmowy i …znów dzień zepsuty.

Nie daję rady tak jechać. Chciałabym po swojemu, bez szarpania, własnym tempem i rytmem. Po cichu więc układam sobie niecne plany i wciąż szukam swojego sposobu przetrwanie tego maratonu.

Czasem próbuję uciec tak, by nie dogonili – ale nie wiedzieć czemu ten plan nigdy nie wypala. Czasem myślę, że zostanę z tyłu to odjadą – ale potem okazuje się, że czekają. Bo to jednak, co by nie mówić – wspaniali koledzy są. Mimo to podejmuję jeszcze jedną próbę:

– „Tomek, jak gdzieś się zatrzymamy, to pokaż mi gdzie się reguluje przerzutkę i się odłączę” .

Bo pokazanie regulacji przerzutki to rozwiązanie ostateczne – to jedyna wiedza, jakiej brakuje mi jeszcze do tego, by móc zostać tu zupełnie sama.

I w tak pozytywnej atmosferze po trzech godzinach i 80 km siadamy na śniadaniu w Nowym Dworze. Nikt mi nie pokazuje, jak regulować przerzutkę. Natomiast jeden z kolegów jest już niestety zdecydowany, by dojechać z nami do Hajnówki i tam wsiąść do pociągu. Zresztą jak się potem okazuje bezpośrednia relacja Hajnówka – Warszawa zebrała swoje żniwo wśród uczestników.

My zastanawiamy się nad planem na dziś i pada pomysł, by dojechać dziś do Włodawy. Czyli dziś jeszcze 340 km. Lub więcej, bo możemy mieć problem, by zdążyć na prom w Mielniku i wtedy dojdą jeszcze dodatkowe kilometry na objazd. Jeden z Tomków robi wielkie oczy. Drugi znajduje hotel, dzwoni i mówi ze będziemy w środku nocy.

Jest ledwo 9 rano, a ja czuję, że zaraz zwyczajnie zamkną mi się oczy i spadnę z roweru. Daje się we znaki ta spędzona głównie w łazience noc. Mówię, że się rozłączam (trudno, może jakoś poradzę sobie bez tajemnej wiedzy na temat regulacji przerzutki) i zasypiam na 10 minut na ławce. Niezwykle miło mi się robi, gdy okazuje się, że Tomek jednak czeka gdzieś niedaleko i jednak wciąż jedziemy grupą.

Mijam Kruszyniany, gdzieś na wysokości Białegostoku. Jestem akurat w fazie „ucieczki” przed towarzyszami. Z naprzeciwka rozpoznaję znajomy strój. Stasiej! No tak, w końcu to jego rejony, mimo wszystko niezły zbieg okoliczności spotkać go tu akurat podczas jego treningu. Tylko czemu rower ma tak ubłocony, jakby co najmniej na imprezie u Leszka Pachulskiego jechał.

– „A więc to są te Twoje wspaniałe Białostockie asfalty! Podjedziesz ze mną kawałek w moją stronę?”

– „Nie mogę, jadę Wschód” – rany, co za faux-pas. Faktycznie, impreza Leszka Pachulskiego startująca w tym samym terminie w Bieszczadach i jadąca nam naprzeciw. Przecież sama byłam zapisana. Szybko więc się ściskamy, życzymy powodzenia i każdy jedzie w swoją stronę. Po dwóch dniach Stasiej dotrze na metę Wschodu zajmując trzecie miejsce.

Hajnówka. Znów chłopaki gonią mnie od sklepu, który był 17 km wcześniej. Ja jadę już w zasadzie bez postojów. Dzwonię, słyszę że zaraz będą. Czekam ładnych parę minut, znów jednak gdzieś się zatrzymali. Liczę, że na ostatni prom zostały jakieś 3 godziny i 70 km. Nie mogę już dłużej czekać, jeśli chcemy zdążyć. Dzwonię jeszcze raz i odjeżdżam. Mijam tory kolejowe. Fatalnie czuję się z tym, że nie mam jak się pożegnać. Strasznie dziwny i nieprzyjemny moment tych zawodów.

Odjeżdżam parę kilometrów za Hajnówkę stresując się już powoli, kiedy dojadą chłopacy. W końcu dogania mnie pierwszy z nich. Zagaduję coś odnośnie dalszej jazdy.

– „Czemu mówisz do mnie w liczbie mnogiej?” – słyszę w odpowiedzi

– „??”

– „Drugi Tomek też się wycofał. Zostaliśmy we dwójkę”.

Zmroziło mnie. Zaraz zrozumiecie, w jak fatalnym położeniu oboje się znaleźliśmy. Zostałam sama z – uwaga… swoim własnym chłopakiem. Na najdłuższym możliwym ultra w tym kraju. Wszelkie ludowe przysłowia, mądrości przekazywane od pokoleń, kodeksy rowerowe, wszystkie elementarze ultra zgodnie mówią – że takich rzeczy robić nie wolno. W dodatku ten Tomek, z którym się kłóciłam lub nie rozmawiałam wcale, ten który za szybko jechał, ten który denerwował mnie wyprzedzając na każdej górce, ale też ten, który czekał gdy spałam…to był jeden i – ten właśnie Tomek.

– „Nie pozabijamy się?”

– „Nie wiem, zobaczymy”

Mijają kilometry wspólnej jazdy – podejrzane to, ale wciąż jeszcze oboje żyjemy.

– „Spójrz, ile ich jest!” – w tym momencie pierwszy raz przemawiam do Tomka ludzkim głosem, zachwycając się olbrzymim szpalerem bocianów rozstawionych równiutko na polu za kombajnem.

Podlaskie widoki nieustająco rekompensują dziś trudy wspólnej egzystencji.

Czasem zaglądam na relację uczestników maratonu na stronie. Daje się zauważyć, jak po kolei (falami, że tak powiem) zaczynają coś pisać o mżawce, o deszczu, ulewach.

Zalewają (za przeproszeniem) nas wieści o tym, jak mocno dopadało uczestnikom Wschodu w stronach, w które zmierzamy. Widzimy też jak wygląda radar pogodowy – a nie wygląda zachęcająco. Całe południe zakryte jest olbrzymią, przesuwającą się w naszym kierunku plamą oznaczającą spory deszcz. Zaczyna mżyć. W poniedziałek, 23 sierpnia Roku Pańskiego 2021, o godzinie 17:30.  MRDP – jesteśmy już w tym z Wami. Nadpływamy.

Przed Mielnikiem mijamy już coraz więcej uczestników Wschodu, wypatrujemy czy jedzie ktoś znajomy. Uf, zdążyliśmy, jakieś pół godziny przed ostatnim promem. Godzina prawie 18.35,  wg informacji kursować ma do 19.00
-„Jedziecie na prom? Przed chwilą odpłynął ostatni!” – wita nas tymi słowami Radek, kolega Tomka. Cholera. Do promu jest kawałek zjazdu, woda atakuje nas od spodu i tu przemakamy prawie kompletnie po raz pierwszy.

Brzeg Bugu w ponurej aurze. Naprzeciwko widzimy prom i lampkę jakiegoś uczestnika.  Godz. 18.40. Wchodzimy na „pokład”, już tylko dzięki łasce obsługujących go panów.  Obsługujących dosyć aktywnie – prom napędzany jest siła ich rąk przeciągających wajchę po linie.

Renatka!!! Po drugiej stronie, pod wiatą spotykamy ją z Wojtkiem i Andrzejem. Trochę radości i uśmiechu na tym smutnym, wilgotnym padole. Pora przywdziać strój budowlańca – czyli zbyt szerokie spodnie wodoodporne, których miałam nadzieję nie ubierać wcale i kamizelkę odblaskową. Ochraniaczy na buty nie brałam, tak jak i cała resztę cieplejszych przeciwdeszczowych rzeczy zostawiłam w domu, zabierając bardziej minimalistyczny zestaw awaryjny.
Wtem Tomek niczym chusteczkę na otarcie łez podaje mi…ochraniacze na buty. Tutaj olbrzymie podziękowania dla Tomka Szypulskiego, który jak się okazuje, wycofując się, zostawił nam trochę swoich ubrań.

Z naprzeciwka dojeżdża jeszcze jakiś ostatni pewnie na dziś niedobitek ze Wschodu
Nie wierzymy, Piotruś!!!
-Zdążyłem na prom? Eee, no to trudno, prześpię się tu pod wiatką, albo pojadę objazdem. A mi mówili, że do 20.00 – Piotruś to nasz fantastyczny przyjaciel, któremu chyba niewiele rzeczy w życiu potrafi sprawić problem.

Ciemno, leje, raz za razem ochlapują nas mijające tiry. Tomek podłamany, bo jest już głodny, ostatnie godziny goniliśmy jedynie na prom nie myśląc o zaopatrzeniu, i okazuje się, że spóźniliśmy się o kilka minut do jedynego sklepu za Mielnikiem.
-Czekajcie, czekajcie!
Wymachuje do nas jakaś postać na poboczu ubrana w żółty sztormiak. Rozglądamy się przerażeni, myśląc że wydarzył się jakiś wypadek.
– Tomek i Gosia? Czekam tu na Was od pół godziny, zapraszam!
Za chwilę siedzimy już w przytulnym podlaskim domu z piecem kaflowym, kocimi oczyma zerkającymi na nas z każdego zakamarka, psem wtulającym się w kolana, obserwując krzątającą się po kuchni kibickę – Magdę.
Magda jest bardzo przejęta, że w końcu udało jej się upolować jakiegoś zawodnika. Przeprasza nas, że akurat niezbyt wiele ma do zaoferowania, ale wyciąga z lodówki co tylko może. Przeuroczo, choć lekko niezdarnie zalewa herbatę zimną wodą, podgrzewa kiełbasę, zaaferowana po kilka razy odwrotnie składa kanapki, które robi dla nas na drogę. Kojarzy mi się z szaloną wróżką z bajki. Tomek rozsiadł się w najlepsze w tej bajce, ja już siedzę jak na szpilkach, myśląc tylko ile drogi nas jeszcze dziś czeka.

Północ. Całodobowa Biedronka przy drodze. W środku poza kasjerką nikogo. Decydujemy się na prędkie zakupy. Biorę zapas baterii do nawigacji, po raz pierwszy – kilka puszek z energetykami i biegnę do kasy. A jednak – przede mną jeden klient. W środku nocy, w koszyku nie ma nic poza stertą kostek masła. Czekam. Czekam długo i pokornie, oczy zaczynają mi się zamykać. Teraz jeszcze nie dane mi zrozumieć, czemu tak trudno jest kupić masło – ale czytajcie cierpliwie, rozwiązanie zagadki przyjdzie niebawem.

Przedmieścia (a raczej Rozlewiska) Włodawy. Nareszcie. Wybudza nas miganie lampki w oddali. Gonimy. I tu doganiamy zawodnika, który właśnie rezygnuje i jedzie już prosto do domu w okolicy.
My cieszymy się, że już za kilka chwil wylądujemy w ciepłym, suchym hotelu.
No – nie tak szybko. Godzina 3.30. Stoimy wykończeni i przemarznięci przed zamkniętymi drzwiami, w oknach ciemno, nie możemy się dodzwonić. Nareszcie ktoś odbiera i wtedy słyszymy…że pan już sprzedał nasz pokój, bo uznał że nie przyjedziemy.  Slysząc, że jesteśmy jednak we dwójkę (nie mogliśmy się wcześniej dodzwonić by zmienić rezerwację), zgadza się jednak coś przygotować. I tak czekamy jeszcze dobre 20 minut. Pomimo terminala przy ladzie, pan prosi o zapłatę gotówką – ale wspaniałomyślnie zgadza się, byśmy do bankomatu poszli jutro. Niedogodności rekompensuje jednak to, że dostajemy do pokoju farelkę. Cały pokój zapełniamy porozwieszanymi mokrymi ubraniami, kąpiemy się i ładujemy baterie – koło godziny 5 udaje się w końcu pójść spać. Tego dnia zrobiliśmy 425 km, w tym 150 km w deszczu. Ostatnie dwie noce przespane dosyć marnie. Dziś zasłużyliśmy sobie w końcu na trochę więcej snu. Dobranoc.

 

DZIEŃ 4. Krzyk znikający w deszczu

Włodawa – Korczowa 265 km

Ktoś włazi do naszego pokoju.

– „Wstawać do cholery, to jest ultra, nie ma takiego spania!” i szarpiąc mną za włosy wyrzuca z pokoju i wsadza na rower.

No dobra, trochę przekoloryzowałam.

– „To ja bym prosił, żebyście zeszli już na to śniadanie” – mówi właściciel hotelu, budząc nas po czterech godzinach snu.

Po śniadaniu wciąż jeszcze nieprzytomni wracamy do pokoju. I znów mamy niespodziewanego gościa.

– „To ja bym prosił, żebyście poszli już po te pieniądze”

Jestem jeszcze w tym, w czym spałam, na szybko więc ubieram się jakkolwiek, narzucam kurtkę i wybiegam na zewnątrz.
Pewnie przydałoby się otworzyć jakiś słownik synonimów do napisania dalszej części relacji, by nie powtarzać w kółko słowa „deszcz”. Na szczęście słów opisujących to zjawisko atmosferyczne jest w naszym języku sporo – na to, co spotyka mnie po otworzeniu drzwi hotelu pasowałoby na przykład „leje jak z cebra”. No więc leje jak z cebra, a ulice Włodawy zamieniły się w całkiem wartkie potoki. Mam ich do przekroczenia kilka, biegnąc w stronę Biedronki z bankomatem. No i tyle by było z prawie suchych butów.
Wracam, znów wszystko z siebie ściągam i tym razem ubieram się jak należy, czyli przekładając skarpety warstwami worków. Pakowanie, segregacja rzeczy – na te kompletnie jeszcze mokre, te trochę wilgotne i te prawie suche.
Żegnam się z miłym panem, wręczając mu ciężko upolowaną gotówkę.
– ” mam nadzieję, że napiszecie kilka dobrych słów o mnie w internecie?” – no więc napisałam.

Robimy zaopatrzenie w znajomej już mi Biedronce. Patrzę na ogłoszenie przy wejściu: „Promocja na masło”… – puzzle w głowie składają mi się w całość.

Pod Biedronkę dojeżdża jeszcze ekipa Reni i Wojtka – witamy się radośnie, choć sekret o promocji zachowuję dla siebie, licząc że i ja dowiozę na Rozewie kilka zdobycznych kostek.

Z Włodawy udaje się wypłynąć dopiero ok. 11.30. Jakiś samochód przejeżdża z impetem obok Tomka, zalewając go od stóp do głów kałużą niczym wiadrem wody. W tym momencie wszystkie względnie suche ubrania znów wróciły do stanu wczorajszego. Nic dziś specjalnego się nie dzieje, po prostu pedałujemy bez chwili przerwy, ponieważ każdy najkrótszy postój tylko wyziębia.

Coś tam sobie układam w tym swoim niewielkim rozumku, aż po długim czasie milczenia odzywam się do Tomka słowami:

– „Ten deszcz to w sumie też jest fajny, bo motywuje do braku przerw”

Zupełnie nie wiem, co w tym było takiego zabawnego – ale zaczął się śmiać.

Jednak z upływającym czasem, przepływającym coraz też mocniej przez kurtkę i buty – w końcu i ja zaczynam rozumieć ironię swych słów, zaczynając się trząść coraz mocniej z zimna. Jest! Jakaś niepozorna, malutka stacja paliw. Horodło, godzina 17:30. Wchodzimy. Jest cieplutko, w środku dwie panie z obsługi, rozłożony kocyk, na którym bawi się mała dziewczynka. Panie przyjmują nas niezwykle serdecznie, wesoło rozmawiają, chętnie podają gumowe rękawice i worki foliowe.

„Tak wygląda spełnianie marzeń” – śmieję się do nich, przy okazji ściągając kompletnie mokre skarpetki i przekładając warstwami worków. Dostaję od Tomka jakąś najprostszą kurtkę z Lidla, którą zabrał na zapas – i w zasadzie w niej przejadę już większość pozostałej trasy maratonu.

Przebrani, jak nowo narodzeni ruszamy na kolejną turę walki z deszczem.

Jakieś auto mija nas i zrównuje swoją prędkość.

– Czy to są jakieś zawody?

– Maraton dookoła Polski!

– Super, a kiedy zaczęliście?

– W sobotę!

– Ile już macie?

– 1060 km!

– Świetnie, powodzenia!

Czuję się, jakby ktoś dmuchnął powietrze w te moje przemoczone skrzydła. Ten krótki doping niesie przez kolejne kilkadziesiąt kilometrów.

Leje tak intensywnie, jak rano. Zaczyna się kolejna noc koszmarów. Jakaś całkiem ruchliwa droga. Tym razem nie jest już płasko, teren robi się pofałdowany, a coraz dłuższe zjazdy, na których się wychładzamy i zalewa nas woda nie tylko z góry ale i od spodu, stają się zmorą. Krajówki pokryte są jakimś gładszym asfaltem, na którym chlapie bardziej intensywnie. Tomek na podjazdach jest dużo mocniejszy, więc starczy kilka górek i widzę jego lampkę gdzieś w oddali , mimo że stara się zwalniać i czekać. Jestem przerażona, słabo prawie nic nie widzę przez oczy zalane deszczem, auta co chwilę obryzgują kolejną porcją wody. Nagle na drugim pasie mijam jakąś czarną sylwetkę idącego powoli człowieka. Wokół daleko do jakichkolwiek zabudowań, Tomka nie widzę wcale, czuję się jak w horrorze.

Powoli zaczynam już marzyć o tym, by zatrzymać się na jakiejś stacji, skorzystać z toalety i ogrzać się choć przez chwilę.  W końcu widzę jakiś dziwny budynek obsługi aut. Czerwona lampka Tomka jest może z 20 metrów przede mną. Wołam go. Drę się. Drę się z całych sił, ale nie słyszy. Stacja została za naszymi plecami. Chce mi się płakać. W głowie dźwięczą mi słowa z Łowcy Androidów: „Wszystkie te chwile przepadną w czasie jak łzy w deszczu”. Wraz ze łzami w czeluściach tej deszczowej nocy znikają też krzyki.

Tomaszów Lubelski, godzina 21:40. To nie jest fatamorgana, Orlen! Z ulgą widzę, jak Tomek skręca w tym upragnionym kierunku.Prędko ściągam mokre jak szmata rzeczy, których nie ma nawet gdzie odłożyć. Z klimatyzatorów wieje chłodem. Nie wieje jedynie w przedsionku toalety. Zamykamy się tutaj, siadamy na zimnej ziemi i delektujemy się gorącą czekoladą. Przeglądamy asortyment stacji, szukam czegokolwiek, by zmienić te mokre rzeczy. Ze smutkiem widzę, że wśród biało-czerwonych gadżetów piłkarskich nie ma buffów, ani nawet szalików. Znajdujemy za to najlepszy gadżet ultra – czyli kultowe gumowe rękawice. Pożyczam od obsługi nożyczki, przywdziewamy ostatnią broń – niezastąpioną złotą zbroję z folii NRC.  Na zewnątrz jest paskudnie, a nam jest nie tylko zimno, ale i sennie.

Tutaj robimy zapewne kolejny błąd na tych zawodach. Zamiast szukać tutaj noclegu, ruszamy dalej. Chcemy się dostać do Przemyśla, 115 km stąd… Jest godzina 23:30.

Dalej zapamiętuję z tej nocy prostą, ciągnąca się w nieskończoność drogę w deszczu. A może to po prostu koszmar, bo nie jestem pewna, czy już śpię, czy jeszcze jadę. Senność, czerń nocy, zimno i mokro. A wokół pustka. Godzina za godziną.
Ja się jeszcze jakoś trzymam, wciąż udaje mi się tkwić jeszcze w środku, w tej skorupce, w której głowa oddziela się od ciała. Śpiewam, by nie zasnąć. I by jak najdłużej pozostać w środku, w swej bezpiecznej skorupce.
Tomek już stamtąd wyszedł. Wnioskuje to po tym, że zaczyna krzyczeć. Wykrzykuje w eter przekleństwa, jedno za drugim. Ja śpiewam pod nosem, i tak wlecze się kilometr za kilometrem.
Zabudowany przystanek. Tomek cały kompletnie przemarznięty  ściąga buty i wyżyma wodę. Podarował mi za promem ochraniacze na buty, sam nie mając na stopy nic poza workami foliowymi. Jako broń ostateczna pozostają nam jeszcze skarpety wodoodporne – choć jak nazwa wskazuje, jest to sprzęt na umiarkowanie-suche warunki, więc trzymamy je na lepsze czasy.

Zmuszamy się do dalszej drogi, ale Tomek zaczyna przysypiać. Robi się dramatycznie. Nie damy rady dotrzeć dziś do Przemyśla. Wygrzebuję rozpiskę, którą robiłam dzień przed startem. Przy kilku noclegach na trasie spisałam na szybko numery telefonów – widzę, że przy miejscowości Korczowa oddalonej o 30 km stąd jest wpisany numer. Godzina 2:30. Po kilku sygnałach telefonu, zrezygnowana chcę odrzucić połączenie i wtedy z niedowierzaniem – słyszę głos z drugiej strony słuchawki. Tak, nie ma problemu, możemy przyjechać.

Przestało padać. Zostało jeszcze 5 kilometrów. Wąska pusta ścieżka, tuż przy granicy ukraińskiej. Las przez który jedziemy niby niczym się nie wyróżnia, ale oboje czujemy się, jakbyśmy byli tu na jakimś zapomnianym końcu świata. Widzę, jak Tomek zjeżdża zasypiając jeszcze gdzieś na krawędź drogi. O godzinie 4:40 dojeżdżamy wreszcie do drogi prowadzącej na przejście graniczne i w końcu na miejsce noclegowe.

Miły pan udostępnia nam cały domek, przynosi farelkę. Tym razem już robimy profesjonalną suszarnię w łazience. Pieczołowicie wieszamy rzeczy, z dnia na dzień jest ich jakby coraz więcej. „Z suchych rzeczy pozostał mi tylko żart…” – Tomek wysyła swojego jedynego podczas całej drogi SMSa do relacji na stronę zawodów.

 

DZIEŃ 5. A czy Ty obniżałeś już dzisiaj swoje siodełko?

Korczowa – Ustrzyki Górne 147 km

Na zewnątrz piękna pogoda. Łazienka pełna suchych ubrań. Może to był tylko zły sen?…

Spaliśmy długo, koło sześciu godzin. Jazda po suchej drodze, bez tych zbyt szerokich wodoodpornych spodni i worków w nogach to czysta przyjemność.

Oj…zawsze wiedziałam, gdzie znajduje się Achilles, ale nigdy nie czułam, że on istnieje. W tym momencie – właśnie poczułam. Zmroziło mnie. Niejednego DNFa z powodu Achillesa w życiu widziałam (widziałam dwa). A jak to mówi staropolskie przysłowie w pewnych kręgach – Sudocrem na Achillesa nie pomaga.

Przyszła chyba najwyższa pora na wykonanie słynnej sztuczki z obniżaniem siodełka. Nim zdążyłam coś powiedzieć, Tomek nagle mówi mi, że czuje od dłuższego czasu jakiś nieznośny ból w lewym kolanie… tym które miał kiedyś kontuzjowane. Wyciąga koło ratunkowe w postaci telefonu do swojego trenera, Radka Rogóża. Po kilku szczegółowych pytaniach Tomkowi doradza prostą sztuczkę z rozciąganiem, a nam obojgu – Voltaren i leki przeciwzapalne.

Zbliżamy się do Medyki. Widok niesamowity – kompletnie prosta droga aż po horyzont na Przemyśl, na drugim pasie olbrzymi stojący sznur tirów, nad nami szare chmury.

Wjeżdżamy do Przemyśla w normalnym już gęstym ruchu miejskim. Tu jeszcze kolejna próba sił w zespole – tzw. „Walka o Aptekę”.  Gdyby Polska kończyła się na przedmieściach Przemyśla – to może i byłby to też koniec tej znajomości. Zresztą od dwóch dni wciąż od czasu do czasu układałam sobie w głowie SMSa do relacji, zastanawiając się, co brzmi lepiej: „Tomek DNF, jadę dalej sama”, czy „Puściłam Tomka przodem, jadę dalej sama”.

Pod sklepem sportowym kupując grube (i suche) skarpetki, czyścimy w końcu mocno zgęstniałą od ostatnich dni atmosferę, by w końcu w aptece kupić jedną, wspólną tubę (tu powinna pojawić się romantyczna muzyka)  – Voltarenu.

Odbieram telefon (nie martwcie się, na telefon sprawiłam sobie wreszcie przed wyjazdem uchwyt, w końcu też wygrzebałam słuchawki, by nie wrzeszczeć wciąż do lemondki jak jakaś kretynka). W słuchawkach słyszę głos rozsądku – czyli głos taty. Tak, mocno przesunęła nam się doba i zaczęliśmy jeździć więcej w nocy niż za dnia, na czym mocno tracimy. Dziś musimy skończyć jazdę koło północy, pewnie gdzieś w Ustrzykach. Tata proponuje pomoc w wyszukaniu noclegu (dopuszczalne w kat. open) – i od tej pory zaczyna razem z nami grać w tę grę strategiczną i niekiedy rozstawiać nasze pionki po mapie kraju. Nie ma łatwo, bo różowy pionek oznaczony numerem K202 ma przypisane ograniczenie „poniżej 25 km/h”, a plansza pogodowa wylosowała się wyjątkowo wredna.

Koło 16:00 opuszczamy Przemyśl. Pora rzucić wszystko i ruszyć w Bieszczady! Pierwsze większe podjazdy. Płoty domów obwieszone wielkimi banerami z hasłami typu „Stop utworzeniu Turnickiego Parku Narodowego”, „Nie damy się zamknąć w zoo”. Za jakiś czas mijamy wioskę ekologów i równie wielkie banery na temat wycinki drzew i okresu lęgowego.

Mijany podjazd na Arłamów robi wrażenie. Wkrótce zaczyna się ściemniać. Robi się znów bardzo zimno. Zdejmuję całe zaparowane okulary, kompletnie nic nie widzę. Nie, okulary są ok – mgła jest tak gęsta, że widoczność jest na ledwo kilka metrów. Robi się magicznie. Długie zjazdy, w których zanurzam się w tym gęstym puchu mgły niczym w miękkiej pierzynie. Księżyc w pełni odbija się od Sanu. Zwiedzamy oczarowani tę tajemniczą, bieszczadzką krainę.

Robimy jeszcze małą premię szutrowo – górską pod kwaterę i zgodnie z planem, tuż przed północą docieramy na nocleg w Ustrzykach Górnych. Wita nas przemiła uśmiechnięta młoda kobieta. Mówimy, że wyjeżdżamy koło 4 rano. Kiepsko, dziś zdążyliśmy przejechać niecałe 150 km – wyszedł więc dzień odpoczynku, trzeba będzie znów nadrabiać.

 

DZIEŃ 6. Agresywny kierowca

Ustrzyki – Mochnaczka Niżnia 218 km

– O, dzień dobry, mąż mówił idąc do pracy, że chyba jeszcze śpicie, bo buty stoją – wita nas krzątająca się już wesoło po domu pani. No tak, pospaliśmy dłużej, niż było w planach…Wyruszamy ok. godziny 7:00.

Piękna pogoda, górskie widoczki, długi podjazd, czas na codzienną „poranną kawusię”. W telefonie wyszukuję więc kontakt „Grzesiu MPP” i wkładam słuchawki do uszu.

– No dzień dobry Grzesiu w ten piękny bieszczadzki poranek! – zrobił nam się taki mały zwyczaj z Grzesiem (vel „synkiem” naszej rowerowej ultra rodziny ;) ), który jedzie już dosyć daleko przed nami, że co dzień przekazujemy sobie ploteczki z trasy i wspieramy nawzajem. Tak więc pomiędzy przekleństwami rzucanymi na kierowców słucham sobie właśnie o podjazdach przed Tatrami, a czasem przez długi czas poza szumem wiatru nie słyszę nic. „Kur…znów pada” – mówi.

Wjeżdżam właśnie na szczyt najwyższego podjazdu w Bieszczadach, widzę, że z tyłu ktoś mnie dogania. Andrzej, który jechał wcześniej z Renatką i Wojtkiem – widzieliśmy ich ostatni raz we Włodawie. Dowiaduję się, że tamtej koszmarnej deszczowej doby jechali wytrwale całą noc i nad ranem wylądowali w Przemyślu. To są twardziele z innej gliny, co śpią w tych wilgotnych i zimnych warunkach na dziko, po 1-2 godziny. Tamtej nocy chyba pierwszy raz spali w końcu w hotelu, i też podobno bardzo krótko. I tu niestety słyszę, że Renacie siadły kolana i musiała się wycofać… Robi mi się niesamowicie przykro. Jednocześnie trochę się ścigałyśmy, ale też kibicowałyśmy sobie nawzajem. Tak bardzo miałam nadzieję wyściskać się z nią na mecie. W tym momencie z dziewczyn na trasie została już tylko Marzena – jedzie równo, zapewne z perfekcyjną organizacją, minimalizując bardzo przerwy, i w ten sposób jest już dobre kilkanaście godzin przed nami. My jedziemy już gdzieś w zupełnym ogonie, za nami zostało tylko kilka osób.

Długi zjazd przez całe Bieszczady sprawia niezłą frajdę. Śniadanie pod sklepem w Cisnej.

W Beskid Niski wprowadzają nas łagodne garby z malowniczymi rozległymi widokami. Łapie mi końcu radio w moim małym MP3. Audycja rowerowa. Wywiad z panem, który planuje właśnie wyruszyć w trasę wokół Polski. Słucham więc, bo temat nawet całkiem interesujący.

Koło godziny 14 zgodnie z zapowiedziami kończy się sielanka. Odpalamy radar pogodowy – zielone plamy na mapie oznaczają zwykły deszcz, ciemnozielone ulewę, żółty i czerwony natomiast – lepiej nie pytać. Tak więc rusza właśnie w naszą stronę żółto – czerwona plama.

Naiwnie zasiadamy pod wiatą w Mszanie i zaczynamy się ubierać maksymalnie wodoodpornie, pieczołowicie obwijając buty i kask kolejnymi warstwami folii spożywczej. Cała operacja trwa co najmniej pół godziny. Odważnie ruszamy na starcie z tą żółtą-czerwoną plamą. Atakuje nas na podjeździe. Po kilku sekundach tego armagedonu wszystko jest kompletnie przemoczone, jakby ktoś wrzucił mnie do wanny z lodem. Zjazd jest całkiem stromy a woda nie nadąża spływać. Mam wrażenie, że zaraz rower oderwie mi się od ziemi i podryfuje. Ledwo widzę na serpentynach, krople uderzają w oczy, krztuszę się wodą. Po kilkunastu minutach wszystko uspokaja się i zamienia w zwykły deszcz, który będzie już tak siąpił jednostajnie do końca dnia.  Nazwa miejscowości mówi wszystko. Samoklęski.

Tereny są zabudowane domami, ale od dobrych pięciu godzin nie ma ani jednego sklepu, stacji, ani nawet jednego cholernego przystanku z daszkiem, pod którym można by choć na chwilę się schować. Jest mi źle, zimno, mokro, mam już kompletnie dosyć jazdy tymi szarymi zadupiami. Nie piję kompletnie nic, niedobrze mi się robi na myśl o tej zimnej wodzie w bidonie. Od wielu godzin marzę jedynie o łyku ciepłej herbaty. To jest ta chwila. Mam kryzys. Prawdziwy. Pierwszy raz.

Znajdujemy jakieś palety pod drzewem. Przebieramy się w co się jeszcze da, a da się już w niewiele rzeczy. Ściągam z siebie cienkie ochraniacze na buty, które są już tylko mokrą, zimną szmatą. Od tej pory w sezonie modna już będzie tylko folia w różnych odmianach.

Jest kompletnie ciemno, opowiadam Tomkowi, że to są bardzo ładne tereny. Mijamy tablicę „Kwiatoń”. I znów mama będzie mówiła, że się nie zatrzymałam by pozwiedzać cerkiew – tak jak za każdym razem, gdy ogląda mój filmik z PGRu. (miałam rację – dokładnie tak mi potem powiedziała).

Podjazd, jakaś wąska droga pośrodku niczego.

– „Kurwa, pojebało Was???” – z czeluści wyłoniło się auto a wraz z nim jakiś agresywny typ za kierownicą.  Zwalnia…

Nie wierzę…Krzychu? A niech mnie zrzucą do kategorii „support” za to co zaraz napiszę – ale za chwilę siedzimy w trójkę pod wiatką przystankową (znalazł wiatkę!) pijąc herbatkę z moim wspaniałym chudym przyjacielem. Marzenia się spełniają, a dobre wróżki podróżują autem nocą po największych zadupiach. Dziękujemy!

Niespodzianek ciąg dalszy…łapię snejka. W oponie, której sama nie byłam w stanie przed maratonem w domu założyć, siłując się na wszystkie sposoby przez wiele godzin. Wizualizuję sobie, co by było, gdybym była tu sama, więc wpadam w   delikatnie mówiąc – nastrój zwątpienia. Ale od czego wiozę ze sobą przez pół kraju chłopaka – kilka minut i rower gotowy.

O godzinie 1 w nocy docieramy pod chatę „Karpatia” w Mochnaczce Niżnej. Witają nas przesympatyczni starsi państwo, którzy specjalnie na nas czekali. Spory budynek budzi w nas obojgu skojarzenia z filmem „Lśnienie”, a w środku tylko my i właściciele. Piętra rozdzielają wysokie schody, pokój jest na górze, łazienka na parterze, w piwnicy kuchnia oraz kotłownia, którą pieczołowicie zagospodarowujemy mokrymi rzeczami. Jak ta olbrzymia sterta mokrych ubrań jest w stanie wejść w dwie podsiodłówki – nie wiem. W kuchni przemiła niespodzianka – czeka na nas herbata i buchciki, które pani specjalnie dziś dla nas upiekła. Nic więcej w tym momencie do szczęścia nam nie trzeba.

 

DZIEŃ 7. Cebulówka

Mochnaczka Niżna – Brzegi 140 km

Poranna bieganina między piętrami mocno wydłuża pakowanie. Po schodach chodzę jak paralityk, walcząc z bólem Achillesa. W kuchni rozmawiam z panią. Ma 86 lat. Każdego dnia o 4 rano wstaje wydoić krowy, potem kładzie się spać, o 9 rano robi kawę.

Opowiedziała to robiąc właśnie kawę, więc możecie się domyślać, że zrobiło się trochę późno.

Na dobry początek dnia ok. 30 km zjazdu. Zatrzymujemy się na śniadanie w Biedronce w Muszynie. Spora kolejka przy kasach i … no tak, ktoś przede mną wykłada ochoczo na taśmę kilka kostek promocyjnego masła. Znów słucham, że procedura promocyjna łatwa nie jest. Przez tę całą promocję na masło, naprawdę może być ciężko wyrobić się w limicie. Siadamy z zakupami kulturalnie na ławce przy całkiem urokliwym rynku w Muszynie. Od wielu dni spożywamy posiłki albo na ziemi pod sklepem, albo na stojąco na Orlenie. O, ktoś z naszych! I tak właśnie spotykamy zawodnika, który jest tu już od dłuższego czasu.  Wycofuje się, czeka już na pociąg. Tymczasem widzimy, że wyprzedził nas tu niedawno Wojtek, który jak czołg będzie cały czas konsekwentnie parł do przodu, dokładając nam sukcesywnie kolejne godziny. Mówiłam – wszystko przez to masło.

Piwniczna. Cholera, znów leje. Pokornie przyoblekamy swoje folie. Podjazdy za Piwniczną. Cholera, przestaje padać i robi się ciepło. Tomka wahoo postanowiło się zrestartować – wtajemniczeni użytkownicy tego ustrojstwa zrozumieją, co to dla niego oznacza (a oznacza 40 minut postoju, lub utratę dotychczasowego śladu). Ruszam więc pod górę sama. W nawigacji (ha, kto ma ten ma) widzę długi podjazd. Rozwieszam sobie ubrania na lemondce i mozolnie wspinam się do góry. Kurtka zdążyła już wyschnąć, gdy wpycham rower przez ostatnie strome zakręty w lesie – rany, co za niepozorna wysoka górka. Już tylko kawałeczek i…jak nie lunęło! Kilka metrów i wskakuję pod drzewo, kolejnych kilka i chowam się pod balkonem domu, jedynego domu na tym zboczu góry. Ale miałam szczęście.

– „Ale mieliście pecha…” – pisze mi Krzysiek (Krzyśka poznaliście wczoraj), gdy pytam, gdzie my w ogóle jesteśmy – „To Cebulówka”

Cebulówka… zapamiętam sobie tę  nazwę.

Tomek nie ma pojęcia co to za góra, ale doskonale wie, że ma pecha, gdy w tym samym czasie przyjmuje na siebie cały atak jakieś dwa kilometry wcześniej, nie mając kompletnie gdzie się schować. Dociera w takim stanie, że można go w całości wyżymać.

Deszcz uspokaja się. Jest coś niezwykłego w tym górzystym beskidzkim krajobrazie skąpanym w deszczowych mgłach, zza których gdzieniegdzie spozierają na nas niewzruszone niczym krowy. Wąskie drogi spływają potokami. Otwiera się przed nami rozległa panorama na szczyty Beskidów. Gęste, ciężkie chmury opierają się o zbocza gór przed nami, jakby już tylko te góry powstrzymywały czarne niebo przed runięciem na ziemię. Ruszamy do Mordoru.

Zjeżdżamy w ulewie do jakiejś paskudnej ruchliwej krajówki nad Dunajcem w okolicy Łącka. Wspomnienie tego fragmentu wzdryga mną niczym dawne wspomnienie smaku łąckiej śliwowicy. Pod wiatą przystankową odbieram telefon. Tata, podlewa właśnie rośliny w moim mieszkaniu. Suchym, przytulnym mieszkaniu. Wydzieram się do słuchawki próbując cokolwiek usłyszeć w tym zamokniętym głośniku telefonu, pomiędzy nachalnym szumem mijających nas aut bryzgających wodą. Zamyka drzwi mieszkania. Roztkliwiam się na myśl o leżącej tam w szafie porządnej kurtce przeciwdeszczowej i zimowych ochraniaczach…

Orlen w Krościenku nad Dunajcem. Stopy mam już tak zmarznięte, że muszę przebrać się w kolejne suche skarpetki i worki. Każdego dnia ucieka mnóstwo czasu na przebieranie zimnych mokrych skarpet, wygrzebywanie z podsiodłówki suchych worków i smarowanie Achillesa Voltarenem – ale staram się jak mogę, by nie pogłębić kontuzji.

Za plecami tabliczka „Pieniński Park Narodowy”. Szczyt podjazdu, przestaje padać. Szare niebo delikatnie różowi się na horyzoncie od zachodzącego właśnie gdzieś za gęstwiną chmur słońca. Na szerokim, szybkim zjeździe przez las zastaje mnie zmrok. Granica lasu kończy się i wtedy…zaczyna się magia. Otwiera się rozległy widok na Jezioro Czorsztyńskie i szczyty gór wokół skąpane w podeszczowych mgłach. Zjeżdżam po serpentynach oniemiała z zachwytu, zanurzając się w widokach. Zatrzymuję się na samym dole, nad jeziorem Sromowieckim, rozświetlonym światłami lamp.

– Tomek, zdążyłeś zobaczyć to co ja? Robiłeś jakieś zdjęcia po drodze?

– Nie. Tylko pędziłem i krzyczałem z radości.

Warto było. Warto było trwać te wszystkie dni i noce w deszczu dla tych paru chwil.

Po długim podjeździe czeka na nas jeszcze panorama z Łapszanki. Czarna i cicha. W dole migocą światła miejscowości, nad nami w końcu chmury ustąpiły miejsca gwiazdom.

Intensywne ulewy i mocne skoki temperatury mocno zdezorganizowały dzisiejszą jazdę, wstyd mówić, ile pokazuje licznik. Wieczorem zaczęło nam się jechać wyjątkowo dobrze, zastanawiamy się, czy nie pojechać choćby gdzieś za Zakopane. Nie chcemy już jednak popełniać wcześniejszych błędów i tracić potem dzień na spaniu, więc o godzinie 23 dojeżdżamy na nocleg do gospodarstwa w Brzegach. Krzątająca się rodzina przyjmuje nas serdecznie, córka właścicieli wita nas zbiegając po schodach z suszarką do wieszania ubrań, otwiera kotłownię, jej mama już parzy nam herbatę.

Mamy do dyspozycji część domu z osobną łazienką i kuchnią. Dostaję nawet…suszarkę  i tego wieczora pozwalam sobie na chwilę luksusu w postaci umycia włosów.

Pukam do pokoju właścicieli, by zapłacić oraz by oczywiście powiedzieć, że wyjedziemy bardzo wcześnie rano. Na stole rozłożony przepiękny regionalny strój i czerwone korale. Córka będzie jutro druhną na weselu – tłumaczy jej mama, mocną góralską gwarą.

Jeszcze kilka dni temu zajadaliśmy się daniami litewskimi na Suwalszczyźnie. Teraz słucham o góralskim weselu, zasypiając za chwilę u stóp Tatr.

 

DZIEŃ 8. Łapiąc zjazdy na zjazdach

Brzegi – Wisła 190 km

Górale zawstydzają nas każdego poranka, biegając już od dawna po domu, gdy my dopiero wstajemy. Zabiegana pani tłumaczy, ile roboty jest przy krowach i koniach. Całe szczęście, że my do opieki mamy tylko rowery – nie jesteśmy już w stanie spać tak mało, jak byśmy chcieli. Każdego poranka zmęczony organizm upomina się o swoje. Nareszcie zakładam nowy łańcuch, który wiozłam ze sobą, by założyć gdzieś za półmetkiem. Ten stary już wczoraj ledwo zipał.

Poranek wita nas przepięknymi kolorami wstającego słońca. Góralskie chaty, przyglądające się nam krowy (i owce – przyp. T. Z.) , pełna sielanka. Mamy wielkie szczęście podjechać na Głodówkę w tak fantastycznych warunkach. Na obrzeżach Zakopanego robimy zaopatrzenie i zjadamy śniadanie na paletach rozstawionych przy Żabce.

Znów próbuję zrestartować tracker. Wczoraj zamiast pójść spać, przez długi jeszcze czas starałam się go zreanimować. Nijak nie dawał oznak życia, prawdopodobnie utopił się w woreczku strunowym … (woreczki strunowe nie są wodoodporne). Moja kropka spoczęła już na zawsze gdzieś w Beskidach. Podobno z całkiem ładnym widokiem.

Długi płaski zjazd i wkraczamy w Beskid Żywiecki. „Must be” każdej imprezy, czyli przełęcz Krowiarki. Całkiem się z nią polubiłam i wyczekuję już rewelacyjnej zabawy na zakrętach prowadzących w dół, do Zawoi. Na podjeździe dogania nas jeszcze rowerzysta, który jeździ dziś trasą maratonu wyłapując zawodników, miło jest chwilę pogadać.

Na podjeździe za Zawoją rozglądam się już powoli za dogodnymi krzakami – w tym momencie dogania nas Michał Szeląg, który również jeździ dzisiaj kibicować. Przejeżdżamy wspólnie dosyć spory odcinek, znów miło jest pogadać. Rozstajemy się i w tym momencie zaczyna – nie uwierzycie…padać. Robimy jakieś zaopatrzenie w sklepie, wyjeżdżamy i widzę…sylwetkę w znajomych barwach MPP, wyjeżdżającą nam naprzeciw – tym razem chwila miłej rozmowy i każdy jedzie w swoją stronę. Pogoda zresztą znów robi się dosyć nieprzyjemna. Mocno wychładzamy się na zjeździe do Węgierskiej Górki.

Zbliża się wieczór, spoglądamy na profil trasy – przed sobą mamy serię kilku mocniejszych podjazdów, przez jakieś 35 km, dalej już wkraczamy w płaskie tereny Opolszczyzny i będzie można nadrobić. Nie chcemy dzisiaj tracić czasu na nocleg na kwaterze, planujemy jedynie jakąś krótką drzemkę. Przypominamy sobie o punkcie wsparcia dla kibiców utworzonym w Gorzyczkach, jakieś 100 km dalej – wydaje się to być idealnym planem na dziś.

Jedzie się świetnie. Do czasu. Długi prosty zjazd przez czarną czeluść lasu (sprawdziłam potem – to las Hasztuba) i puste ciemne polany ciągnie się w nieskończoność – dokładniej jakieś 7 km. Mocno wychładzamy się. Tomek musi się kilka razy zatrzymać, bo na zjeździe zaczyna już przysypiać. Mi włącza się odpowiedzialność, i wyjątkowo nieźle się trzymam, jak na tak kuszący do snu zjazd. Wkraczamy w ten moment maratonu, gdzie w zasadzie tuż po zmroku organizm już po prostu idzie sobie spać i zaczyna się walka z sennością.

Na następną górkę, Jaworzynkę, rowery już prowadzimy, by żaden członek ekipy przypadkiem się nie przewrócił do rowu. Na górze mamy SMSowy punkt do podbicia. Czasem ktoś pyta, czy na tych punktach jest zorganizowany jakiś wypoczynek. A i owszem – na górze znajdujemy szczęśliwie wiatkę przystankową, nawet taką na dwie leżące osoby. W końcu deszcze się uspokoiły i można spać w ludzkich warunkach. Kładziemy się więc na godzinkę na ławkach i znów ruszamy, równo o północy. Podjazd na Istebną, podjazd na …spoglądam w Garmina i przypominają mi się słowa Grzesia z którejś rozmowy telefonicznej „o nie, teraz ta Kubalonka…”. No więc Istebna, Kubalonka, a dalej już tylko zjazd.

Ale każda minuta zjazdu to niebezpieczny koszmar senny, z każdą chwilą coraz gorszy. Nie dojedziemy dziś do Gorzyczek. Nie dojedziemy dziś ani kawałka dalej. Jest. Upragniony biało-czerwony orzeł już łypie na nas z góry. Godzina 1:45, hotel „Orlen” w Wiśle wita.

 

DZIEŃ 9. Ludzie z betonu – czyli jesteśmy przedostatni

Wisła – Złoty Stok 224 km

-Przepraszam, czy mogliby Państwo tak nie spać, bo mamy monitoring i możemy mieć potem nieprzyjemności – budzi nas po dwóch godzinkach spędzonych na wytwornych skórzanych kanapach, obsługa hotelowa. Dosypiamy jeszcze z godzinkę na siedząco, kilka razy wybudzani krzykami tutejszej, nie do końca trzeźwej, młodzieży.

– Pada!? – pyta Tomek, gdy przed 6 rano wracam na chwilę do środka, kończąc pakować rower.

Zaczynało właśnie lekko mżyć.

– Ależ skąd, chodź szybko, nie pada.

Kłamstwo ma jednak krótkie nóżki. Po chwili płyniemy już szerokim potokiem w ścianie deszczu. Chyba właśnie jesteśmy świadkami początku powodzi. Droga na długim odcinku w przebudowie, ruch wahadłowy. Co chwilę wychładzamy się czekając na światłach. W końcu po trzech godzinach wodnej walki jak gdyby nigdy nic wypogadza się, i przychodzi poranek właściwy – ten ze słoneczkiem i Mcdonald’sem zapraszającym na kawusię.

– Gosia i Tomek? – Ktoś wita nas z auta. I tak poznaję Adama z Węgierskiej Górki, który cierpliwie kibicuje mojej kropce przy okazji różnych zawodów. Z takimi gośćmi kawusia smakuje jeszcze lepiej. Chwytamy jakiś mały zestawik z porannego menu (naprawdę lubię ten śniadaniowy fast food z Maca), chcąc już jechać na punkt wsparcia kawałek dalej w Gorzyczkach, i w tym momencie okazuje się, że Gorzyczki w postaci Romka Kaczmarczyka z kolegą – przyjechały do nas.

Ruszamy więc do tego małego raju, który zorganizował Romek u siebie specjalnie dla zawodników – czekają tu na wszystkich materace, jedzenie, można skorzystać z łazienki. Dostajemy ciepłą zupę i pyszną tartę z jagodami, chłopacy myją nasze rowery (tu słyszymy, że mamy najczystsze napędy ze wszystkich dotychczas – wosk do łańcucha dobrze się sprawdził). Rozmawiać z Romkiem o rowerach można długo, ciężko jest stąd wychodzić.

– Na maratonie ludzie dzielą się na 3 grupy – powtarza nam słowa Marzenki, która była tutaj przed nami wczoraj – pistolety, które szybko się wystrzelają i odpadają; druga grupa to konie (konie jakie są każdy widzi, tłumaczyć nie trzeba); trzecia grupa natomiast  – to betony. Jadą na końcu, za to są wytrwali i nic ich nie zniszczy.

Wcześniej nie czułam się z tym zbyt dobrze, że nasze kropki wloką się gdzieś na szarym końcu, miałabym ochotę zasłonić rękoma oczy i gdzieś się za nimi ukryć by nikt nie widział (a przynajmniej ukryć jeszcze tracker Tomka, bo swój udało mi się już przypadkiem unicestwić). Teraz, z myślą o tym, że jesteśmy tymi betonami – rusza się w drogę już zupełnie inaczej.

Dziękujemy Romek za cudowną gościnę!

Płaska Opolszczyzna. Pogoda jest dziwna, raz wieje przeszywającym, zimnym wiatrem, raz robi się gorąco i słonecznie. Zrzucam nareszcie z siebie te deszczowe rzeczy i zestaw worków ochronnych.

Przed 16.00 niebo pokrywa się ciemnymi chmurami, nagle robi się mroźnie, zbiera się olbrzymi wiatr burzowy, próbujący zrzucić mi z głowy kask i zdmuchnąć nas na drugą stronę jezdni. Próbujemy uciec z tego oka cyklonu ile sił w nogach, jeszcze chwila i będzie tutaj bardzo nieciekawie. Kilka kilometrów emocjonującej ucieczki, odbijamy w lewo, lecimy i… jest! – uciekliśmy przed tym frontem! Patrzymy przed siebie – tam kolejne gęste chmury. Zaglądamy w radar pogodowy.  Sytuacja nie wygląda najlepiej, jesteśmy otoczeni. Zewsząd formują się oddziały ciemnych okien niepogodowych, wiatr wciąż niepokojąco wieje. Błyskawice od grzmotów dzieli może z 6 sekund, burza nie chce opuścić Racławic Śląskich, w kierunku których mamy jechać. Chowamy się pod dachem remizy w akcie kapitulacji i przeczekujemy jakieś pół godziny. Wiatr ucisza się. Ten jeden raz udało się uciec.

Wieczorne słońce odbija się od mokrych asfaltów, i zabytkowych wieżyczek zabudowań na horyzoncie. Po zmroku wjeżdżamy na długą ruchliwą krajówkę. Już niewiele dzieli nas od Złotego Stoku, do którego mamy dziś dojechać.

Jednak ostatnie kilometry stają się jednymi z najstraszniejszych kilometrów na całych zawodach. Jedziemy poboczem. Z prawej strony głęboki rów, z lewej samochody mijające nas pędząc jak po autostradzie. Bez przerwy, jeden po drugim. Jednostajny głośny szum i zimny wiatr owiewający twarz sprawiają, że Tomek zaczyna zasypiać.. Robi się bardzo niebezpiecznie, chwila nieuwagi na takiej trasie może skończyć się tragicznie. Ostatnie 5 km drogi ciągnie się w nieskończoność, nie wiem, ile razy zatrzymujemy się na tym odcinku. Bez przerwy odwracam się do Tomka próbując skontrolować, czy nie leży już w trawie.

Wyczerpani psychicznie docieramy w końcu do hotelu Gold Stok. Godzina 22:30. Wreszcie ciepło, cicho i spokojnie.

 

DZIEŃ 10. Seria niefortunnych zdarzeń

Złoty Stok – Kudowa Zdrój 118 km

Gdyby wcześniej ktoś powiedział mi, że na tym malutkim cypelku wystającym w południowo – zachodniej granicy naszego kraju, utkniemy aż na dwa dni – nie uwierzyłabym. 230 km, szosą? Że ja nie przejadę na raz? I tu właśnie zaczyna się osobny, niewinnie brzmiący, długi rozdział MRDP – „Wokół Kotliny Kłodzkiej”

Zacznijmy od początku. W zasadzie już od zejścia po hotelowych schodach. Achilles daje się we znaki, głośno skrzypi, jak stare zawiasy. Wczoraj połknęłam ostatnią tabletkę przeciwzapalną. Niczym ćpunka, szukam nerwowo w internecie najbliższej apteki – google uparcie pokazuje jedynie aptekę w Lądku Zdroju. Z ulgą dowiadujemy się, że apteka jest też…tuż za rogiem. Biorę jedno opakowanie…wracam i kupuję jeszcze kolejne.

Pogoda całkiem niezła. Lądek Zdrój oddzielony jest od Złotego Stoku jednym dużym wzgórzem, trochę ponad godzinę drogi. Jedziemy przez zamglony wilgotny las. Na szczycie długiego podjazdu Tomek czeka na mnie koło 10 minut – widać, jak duża przepaść dzieli nasze umiejętności rowerowe. Ale czeka. Pewnie trochę z cwaniactwa, bo jeśli sobie odjedzie, to kto tego biedaka będzie wieczorami pilnował, by nie poszedł sobie spać na środku drogi ;).

W Żabce w Lądku (jest w ogóle takie miasto?) kupujemy jedzenie na śniadanie i resztę dnia (by, o ironio – zaoszczędzić dziś czasu). Radary pogodowe pokazują, że póki co mamy spokój od deszczu. Chcemy ruszać…i w tym momencie oberwanie chmury. Czekamy. Deszcz zacina tak, że nawet pod szerokim dachem trudno się schować. Szczęśliwie obok mamy jeszcze market budowlany. Tomek upiera się, by w końcu zasilikonować mi bloki w butach. Siadam na jakimś wózku przed sklepem z paczkami wełny mineralnej, jedyne chwilowo suche miejsce – i ulepszamy moje buty. Korzystam jeszcze szybko z toalety w markecie budowlanym, czuję że z żołądkiem nie jest najlepiej. Półtorej godziny. Tyle czasu tutaj straciliśmy. Długo, bardzo długo.

Pierwszy mocny atak wody minął, ale i tak ruszyliśmy w dosyć sporej ulewie. Takiej, w której nie chciałoby się zatrzymywać ani na moment. Ruchliwa droga… znów problemy z żołądkiem. Zatrzymuję się natychmiast przy pierwszym skrawku krzaków, wciąż leje. Bywały w życiu przyjemniejsze chwile.

Ledwo ujechaliśmy kawałek – mijamy sklep sportowy w Stroniu Śląskim. Ochraniaczy na buty nie ma, ale…są pelerynki przeciwdeszczowe i skarpety z merynosów w przystępnej cenie! Bierzemy po dwie sztuki i dostajemy jeszcze gratis bajeranckie otwieracze w kształcie rowerków (zwłaszcza to ostatnie jest szczególnie ważne ze względu na wzrost morale u kobiecej części zespołu). Sklep „Bongo” – polecamy!

Jest już po godzinie 13, a my w zasadzie niewiele przejechaliśmy, robiąc głównie zaopatrzenie żywnościowo – odzieżowe. Peleryny chowamy póki co optymistycznie do podsiodłówek, zostawiając na gorsze czasy. Momentami się wypogadza – czyli ulewa zamienia się w zwykły deszcz. Na podjazdach ubrani w słabo przepuszczalne ciuchy – gotujemy się, moknąc jednocześnie od zewnątrz. Zjazdy w tych warunkach w górach są zawsze największą katorgą. Przeważnie na szczycie pada tak zwyczajnie, tak trochę. Podczas zjazdu woda rozbryzguje się od spodu i nagle, za każdym razem, nie wiadomo kiedy – okazuje się, że leci już i coraz mocniej z góry. Jakby te krople uderzające z dołu implikowały kolejną ulewę. Nie jestem w stanie zbyt szybko zjeżdżać. Ledwo widzę, oczy zalewa woda, krztuszę się, robi się przeszywająco zimno.

Po długim zjeździe z Przełęczy Puchaczówka zaczynamy dygotać, jest nie do wytrzymania. Potrzebujemy natychmiast choćby skrawka dachu, by się schować.

Pośród pustych pól stoi jeden dom, jeszcze w trakcie budowy. Wjeżdżamy za ogrodzenie. Szukamy kogoś, w końcu wychodzi do nas robotnik. Nie tylko wpuszcza nas do środka, ale też zaraz przynosi nam krzesła, szuka jakichś folii i worków. Przeprasza, że bardziej nie jest w stanie nas ugościć. Natychmiast zrzucamy z siebie wszystkie to przemoczone zimne ubrania, znów pieczołowicie stroimy się w kolejną generację wodoodpornych zabezpieczeń. Tym razem pokornie przywdziewamy już peleryny. Otwieramy drzwi  i ponownie wkraczamy do tej świątyni wody i chłodu. Godzina…już 16.00Te żółte peleryny okazują się być kompletnym game changerem. Produktem kolarskim wartym uwagi znacznie bardziej niż znane, klasyczne rękawice gumowe z serii „ultra” dostępne na wybranych stacjach paliw. Kolejna godzina deszczu (przepraszam, drogi) mija więc całkiem znośnie.

Pod wieczór deszcze odpuszczają. Jedziemy tzw. Autostradą Sudecką, malowniczą spokojną trasą tuż przy granicy z Czechami. Chmury ustępują miejsca promieniom zachodzącego słońca. Mijamy niewielki zbiornik wodny otoczony grzbietami gór, podbiega do nas radośnie kilka małych piesków. To Przysiółek Rudawa – wydaje mi się w tym momencie, wśród tych mgieł okrywających zmęczone całodziennym deszczem góry, w tych ostatnich promieniach słońca odbijających się od tafli wody – najpiękniejszym miejscem wzdłuż całej polskiej granicy.

Zupełnie nie tutaj powinniśmy się dziś znajdować. Jutro o 12 mija limit zawodów, większość trwających jeszcze na trasie osób jest już na drugim końcu kraju, a my utkwiliśmy w górach. Jednak jest trochę prawdy w słowach mówiących, że wszystko dzieje się w jakimś celu. Trzeba było tych wszystkich dotychczasowych przygód, dzisiejszej całodziennej walki z deszczem, by teraz oglądać tę niesamowitą grę światła i mgieł. Właśnie tutaj, na tak zachwycającym fragmencie trasy.

Ostatnie widoki przed nadejściem zmroku oglądamy z Zieleńca. Rozmawiam tu właśnie na messengerze z Marzeną, która jest prawie dobę przed nami. Dzielimy się trudami drogi, wymieniamy jakieś wspierające słowa. Jedyne dwie dziewczyny na trasie. „Musimy obie to ukończyć” – czytam na ekranie i dociskam w pedały. Tak, musimy.

Z drobnych niedogodności tego dnia pojawia się już tylko ruchliwa ciemna krajówka przed Kudową Zdrój, z tirami próbującymi nas jeden po drugim zamieść swoimi ogonami. Jedyne co można zrobić na takiej drodze, to po prostu spróbować zrelaksować się i jechać. Bo jedzie nam się już fantastycznie. Po tym dniu straconym na uprawianiu jakiegoś dziwnego survivalu, by w ogóle wytrzymać na zewnątrz w tych warunkach, mamy ochotę pojeździć wreszcie rowerem – po to tu przecież jesteśmy.

Godzina 21:30, Kudowa Zdrój. Chcemy jechać dalej, jednak po przemyśleniu decydujemy się zostać tutaj. Dużo łatwiej będzie znaleźć nocleg, zrobimy w Biedronce zakupy na jutro, a ruszyć można przed świtem, by wykorzystać dzień. Bo dzień przecież na pewno będzie piękny. Nadrobimy i pomkniemy prosto do mety. Taki jest plan.

 

DZIEŃ 11. MISSION: IMPOSSIBLE

Kudowa Zdrój – Świeradów 108 km

„Kur***!!!” – wita ochoczo nowy dzień mój Współtowarzysz. I już można się domyślić, że rozpoczął poranek od sprawdzenia radaru pogodowego. Można też się domyślić, że na metę jednak dziś nie dojedziemy. Ani pewnie nawet do Zgorzelca.

No więc pogoda dziś rozpieszczać nie będzie. Trudno w to uwierzyć, ale może być jeszcze gorzej niż dotychczas. Zresztą sprawdzać radaru nie trzeba, w zasadzie wystarczy zajrzeć za okno. Wygląda na to, że idący z północy front z bardzo silnym wiatrem i ulewami, z którym walczyli wszyscy zawodnicy przed nami –  doszedł w końcu na południe i zadomowił się właśnie tutaj, kotłując się w Kotlinie Kłodzkiej. I dokładnie nad nami przez najbliższe godziny będzie przechodził sam jego środek. Czyli to coś, co w aplikacji ma kolor czerwony. Jednak przed godziną 4 rano dziś nie wyjedziemy.

Godzina 7.00. Podejście drugie. Spakowani schodzimy na dół. Już przyzwyczajeni do tego, że górale u których nocujemy, zawsze wstają przed nami – żegnamy się z panią, która ubrana już w płaszcz wyjeżdża do pracy. Z reguły unika przyjmowania gości na jedną noc, ale z sympatii do sportowców i rowerów – przyjęła nas bardzo serdecznie, podpytując jeszcze wieczorem o maraton.

Pogoda jak podczas sztormu nad morzem. I tak mozolnie w tym wietrze i ulewie walczymy z kolejnymi górkami.

Czasem na tych zawodach ktoś pisze mi, że jestem wielka, niesamowita. Są to daleko zbyt wielkie, choć niezwykle miłe i uskrzydlające słowa. Jednak jadąc po kraju, w którym nawet policja czy karetka bez sygnału potrafią wyprzedzić na gazetę – przeważnie czuję się, jak jakiś najgorszy pomiot, który zasługuje jedynie na to, by go rozjechać, lub przynajmniej ochlapać kałużą. I tak zbliżamy się do Głuszycy. Miasteczka najbardziej niesympatycznych kierowców wzdłuż całej polskiej granicy.

– Kur…, jak jedziesz??!! Debile, zabudowany macie!!! Zwolnij, do cholery!!! – już nie wytrzymuję i zaczynam krzyczeć w eter, pokazując rękoma różne rzeczy, gdy obrywam bez przerwy jak z wiadra wody, kałużami spod kół pędzących aut. Wtem jakiś starszy pan pod parasolem macha do nas sympatycznie na poboczu.

– „Tomek i Gosia? „ – ale robi mi się wstyd, akurat teraz…

Okazuje się, że ma dla nas misję specjalną od organizatora. Jeden z uczestników zgubił trackera, dokładnie 27 km stąd, na trzecim szczycie od tego momentu. Pan chciał podjechać i poszukać sam, ale za bardzo dziś pada, więc może my byśmy mogli… Challenge accepted.

Jesteśmy na miejscu. Niczym w Truman Show, na chwilę organizatorzy przykręcają nam kurek z lejącą się wodą, byśmy mogli skupić się na zadaniu specjalnym. A zadanie łatwe nie jest – na szczycie jest mocno wypłaszczona droga, na poboczu zwykła leśna ściółka, zaraz obok gęsto zarośnięta leśna skarpa –  właśnie tam, gdzieś w zaroślach jakieś 10 metrów obok drogi wciąż widać na stronie internetowej zagubiony tracker Andrzeja. Spędzamy tutaj jakieś pół godziny, niestety bezskutecznie. Kurek z wodą znów odkręca się na maksa, dmuchawa z wichurą odpalona, można kontynuować jazdę.

W Kowarach po długim zjeździe lądujemy cali kompletnie wychłodzeni i przemoknięci. Każde z nas zjeżdżało już na skraju wytrzymałości termicznej, z myślą jedynie o tym, że jest tu gdzieś Orlen, że będzie można się ogrzać i dojść do siebie. Zjechaliśmy do głównej drogi, na sam dół miasteczka. Rozglądamy się, podpytujemy mieszkańców – tak, Orlen jest, ale na samej górze…przejechaliśmy. Słyszymy, że tuż obok jest za to restauracja – Ameryka Restobar.

Jak dobrze jest wejść do ciepłego suchego miejsca, usiąść przy stole, ściągnąć z siebie kurtkę…

Od ponad tygodnia nie jedliśmy normalnego posiłku, żywiąc się głównie na szybko, na stacjach paliw i pod sklepami. Zamawiam rosół. I nie kłamię – jest to najpyszniejszy rosół, jaki kiedykolwiek w życiu jadłam. Do tego wielka porcja sałatki greckiej z serem haloumi – ten obiad zapamiętam na długo.

Każdego dnia, nie licząc jedzenia i spania, zdarza się choć jedna przyjemna chwila na trasie. Taką chwilą jest dzisiaj otwierający się przed nami o zachodzie słońca widok na Zbiornik Sosnówka. Deszcz ustał. Za chwilę się ściemni i rozpoczniemy ostatni długi podjazd. A raczej podejście, na Szklarską Porębę. Pokonanie góry zajmie nam jakąś godzinkę.

Dziś jest wtorek, dziesiąty dzień maratonu. O godzinie 12 zawody w zasadzie zakończyły się.

Przed szczytem dzwonię w końcu do Grzesia. Jestem z niego niezwykle dumna. Dojechał dziś na metę, mieszcząc się w limicie, objeżdżając przy okazji kilku niezłych koni. Nie miałam wcześniej nawet jak napisać, ciężko było korzystać z telefonu na takim deszczu. Brawo, koniku.

Mijamy widokowy Zakręt Śmierci, patrzę na błyszczące pośród czerni nocy światła miejscowości w oddali… i teraz już tylko zjazd. Ostatni długi zjazd w tę ciemną zimną czeluść, krótki podjazd w Świeradowie Zdroju do kwatery i nareszcie wyjeżdżamy z tej cholernej pułapki, wyjeżdżamy z gór. Podobno od jutra ma już nie padać. Chce mi się wrzeszczeć z radości, czuję że już tutaj jest moja meta, i to tutaj jestem najszczęśliwsza. Wywijam na drodze zygzaki, śpiewam, wykrzykuję radośnie słowa pewnej turystycznej piosenki, która przykleiła się do głowy i jakoś dziwnie pasuje:

We wtorek w schronisku po sezonie

W doliny wczoraj zszedł ostatni gość   [ to o nas ;) ]

Za oknem plucha, kubek parzy w dłonie

I tej herbaty, I TYCH GÓR… MAM DOŚĆ!!!

 

DZIEŃ 12. Przedwczesny finisz

Świeradów Zdrój – Kostrzyn nad Odrą 330 km

Skoro udało nam się jednego dnia maratonu przejechać ponad 400 km, w tym prawie połowę w deszczu – nie trzeba skomplikowanych obliczeń matematycznych, by ubzdurać sobie, że w takim razie żaden to będzie problem w ładnej pogodzie przejechać po płaskim w na raz do mety (no, z jakąś krótką drzemką na dziko)  – te ostatnie  800 km.

Po trochę ponad czterech godzinach snu ochoczo wstajemy witając nowy dzień w pięknie położonym „Magicznym Zakątku” na skraju Świeradowa.

Wsiadamy na rower o 6 rano i tniemy już prosto do mety. Znajomym wypisuję już, że dotrzemy jutro wieczorem, no, może w nocy.  Nie ma to jak optymizm.

Szybkim zjazdem rozpoczynamy poranne zwiedzanie ostatniej czekającej na nas tu części Dolnego Śląska. Przed oczyma prędko przewijają się zamki, kryjące się w lasach ruiny, malownicze wioseczki. Wszystko w ciepłych barwach wznoszącego się słońca. Wszystkie warte zatrzymania się na dłużej miejsca, mijamy w rozpędzie. Jest to jednak zwiedzanie absolutnie wyjątkowe, i wiem że już nigdy nie uda się w taki sam sposób zobaczyć tych miejsc – tak jak Chełmna skąpanego w promieniach wczesnoporannego słońca, w dniu gdy dotarłam na metę mojego pierwszego dłuższego maratonu, Wisły1200. To poranek z tych, które zapamięta się już na zawsze.

Jedziemy przez Zgorzelec tuż przy brzegu Nysy Łużyckiej, gdzie po drugiej stronie widzimy już kamienice należące do niemieckiego Gorlitz – i tutaj właśnie pierwszy raz dojeżdżamy do granicy niemieckiej.

Po chwili wjeżdżamy już w województwo Lubuskie. Nigdy nie byłam w tych rejonach. I nie miałam żadnych wyobrażeń na temat tych stron, poza znanym już chyba każdemu, kto czytał coś o MRDP zlepkiem słów „lubuskie bruki”. I jestem absolutnie zachwycona. Mijamy urokliwe małe wioseczki z zupełnie zaskakującą zabudową, jak wyjętą z jakiegoś odległego kraju. Wszystko to przeplatane co jakiś czas tymi właśnie słynnymi, lubuskimi brukami. Mam wrażenie że wsiadłam do jakiejś maszyny teleportującej w czasoprzestrzeni – a tymczasem pode mną wciąż ten sam, skrzeczący już od czasu do czasu, rower. 

Niespodziewanie przejeżdżamy przez wielką, rozrzeźbioną bramę, by wjechać na główną uliczkę niepozornej, małej wsi, gdzie zaraz w głębi po lewej dostrzegamy obłędne ruiny sporego pałacu. To wieś Brody.  Tomek skrupulatnie bada wzrokowo całość założenia urbanistycznego i już docenia pomysł Daniela o poprowadzeniu trasy brukami przez wieś zamiast omijającym miejscowość asfaltem, z poziomu którego tej bramy i całości założenia na pewno byśmy nie dostrzegli.

I tak właśnie mija nam dzisiaj czas, na przemieszczaniu się po Lubuskiem, niczym po wielkiej galerii sztuki.

*może na wstępie tych ostatnich przydługich akapitów wypadało wspomnieć, że oboje jesteśmy architektami i zainteresowanych maratonem odesłać od razu do akapitu kolejnego;)

Tak więc wracając do tematu samego maratonu – w Gubinie zatrzymujemy się w Mcdonald’s, o godzinie 17 dojeżdżamy na prom w Połęcku i tutaj też kończy się długi odcinek przeplatany brukami.

Rany, jak mi się wszystko podoba, gdy nie pada i nie jest zimno. DK29, jaka przepiękna krajówka o zachodzie słońca! (tak, naprawdę byłam zachwycona  [Tomek też – przyp. T.Z.] ).

Ściemniło się, czas mija szybko i przyjemnie, w nogach jakieś 280 km. Widzimy drogowskazy typu „Szczecin 140” – wydaje się, że to już za chwilę, bez problemu tam dziś dojedziemy.

Jak każdego już wieczora jednak – sleepmonster przyczaja się gdzieś przy drodze zaraz po zmroku, i wystarczy tylko godzinka jazdy w ciemności, by w ciągu chwili brutalnie dopadł. Chwilę temu jechaliśmy żwawo i pełni sił, teraz nie jesteśmy w stanie ujechać kilkuset metrów, by nie zatrzymać się, próbując wydostać się z usypiającej monotonii jazdy. Robi się w dodatku strasznie zimno i wilgotno, na mapie jakiś rozległy teren z mokradłami. (sprawdziłam potem – ten odcinek, Park Narodowy Ujścia Warty, miał jakieś 2 km, a w pamięci ciągnął się godzinami). Chłód paradoksalnie usypia jeszcze bardziej.

Udaje się dowlec na stację Circle K w Kostrzynie. Jest godzina 21:40. Ujechaliśmy dziś 330 km i nie przejedziemy ani metra dalej, oczy kleją się. Na stacji klimatyzacja chodzi pełną parą, wszędzie wieje, klientów cała masa, światło natrętnie przebija się przez powieki. Siadamy na kanapach i zasypiamy. (tzn. ja zasypiam, Tomek głównie czuwa w strachu o rowery i nas samych, przysypiając co chwilę i budząc się.  – przyp. T. Z.) Zakupy, kolejna drzemka, toaleta, znów herbata…

Dopiero koło 1 w nocy udaje się zwlec z powrotem na rower. Po półtorej godziny jazdy wkraczamy do jakiegoś monotonnego lasu, na jakimś odludziu na krańcu kraju (w zasadzie to każde miejsce, przez które przejeżdżamy jadąc wzdłuż granic znajduje się na końcu kraju, ale w miejscach takich jak to – odczuwa się to jakoś bardziej). Zatrzymujemy się na chwilkę przed niewielkimi zabudowaniami – lecz psy wiadomo czym szczekają w takich miejscach, więc oddalamy się.

Wyjechaliśmy z lasu i jedziemy tuż przy Odrze. Wilgoć, mgły, wraca wspomnienie pierwszych mroźnych nocy. Znów łapie senność. Rozglądamy się za jakimś porządnym miejscem do spania. Odbijam na parking leśny, znajduję ławkę (nawet ze stołem). Przekonuję Tomka, że to jest bardzo komfortowy nocleg, choć Tomek jest trochę sceptyczny. Wszystko zepsuć musi jeleń na rykowisku, który nie mógł poczekać tej jednej chwili, i musiał również wyrazić swoje zdanie…

Tak więc przegłosowana, zgodziłam się dojechać do pobliskiego Osinowa Dolnego i zobaczyć, co dalej. Strefa przejścia granicznego, tuż przy przejeździe przez Odrę. Zabudowa obsługująca ruch samochodowy – stacje paliw, Mcdonalds… czyżby był to ten moment na spełnienie naszego malutkiego ultra marzenia? :)

 

DZIEŃ 13. Przedwczesnego finiszu dzień kolejny

Kostrzyn nad Odrą – Trzebiatów 295 km

I tak oto ułożyliśmy się do snu na (a raczej w) placu zabaw Mcdonald’s, w dodatku na najdalej wysuniętym na zachód punkcie Polski. Godzina 4.45, otwarcie „restauracji” o godzinie 7. Słyszymy czyjeś kroki zbliżające się do naszej tajnej kryjówki…Pierwsza zagaduję, starając się jednocześnie nie  przestraszyć pani z obsługi. Nie tylko możemy zostać (choć tylko do 6 rano), ale po chwili niespodziewanie lądują przed nami dwie duże kawy ze znaczkiem „M”.

Chłód porannej rosy wybudza nas prędzej od dzwoniącego budzika, ruszamy. Zostaję w kurtce puchowej.  Mijamy wieżę kościoła w Cedyni odbijającą ostre promienie wstającego słońca.  Wyjeżdżamy na pustą drogę pośród rozległych pól. I nastaje poranek z gatunku tych, dla których jeździ się maratony. Mgły unoszące się u naszych stóp pokrywają pola aż po horyzont, wszystko wokół nabiera pełnych, ciepłych kolorów, stada ptaków wznoszą się i wirują nad nami. Cały ten spektakl trwa jakieś kilkanaście minut, aż kurtyna opada i wszystko wraca do normalności (nie, nie zaczyna padać deszcz…po prostu znikają mgły).

Kolejne miasteczko położone tuż przy moście przez  Odrę na niemiecką stronę wybudza już całkowicie z tego pięknego porannego snu, za pomocą wielkiego napisu „Friseur”. Rozgardiasz, atakujące zewsząd szyldy po niemiecku, budy, kantory. I tak wkraczamy w najmniej ciekawą, że tak delikatnie powiem, część trasy.

Przed godziną 10 zaczyna już być bardzo sennie. Na dzisiejszy nocleg w Mac’u dojechaliśmy o godzinę za późno, by drzemka faktycznie coś dała. Orlen przed Widuchową. Stacja w remoncie, sprzedaż przez okienko ale na górce pod drzewem znajdujemy ławkę, a pod Orlenem – kartony. Karton łaził mi po głowie, od kiedy w wieczór przed startem Marcin z Wojtkiem zachwalali jego izolacyjne właściwości.

Śpi mi się fantastycznie, od spodu do snu utula przyjemny, ciepły karton, po prawej…rany, co on robi, czy nie może leżeć w spokoju? Tomek leży i…pstryka raz za razem w spadające na nas owady. Rzeczywiście, łazi ich po nas całe mnóstwo.

– Jak się spało? – podchodzi pewien pan. – Też męczyliście się z robakami? Jakoś tak jest, że zawsze z tej strony ławki spadają, trzeba było spać po drugiej stronie.

Wiedza o kartonach okazała się być ledwo przedszkolem. Ławka na górce przed Widuchową ma tylko jedną stronę do spania. Zapamiętajcie.

Na stacji udaje się kupić kabelek do ładowarki – mieliśmy tych kabli całkiem sporo, ale wszystkie można już wyrzucić do kosza.

Ruszamy dopiero o 13, ale brak normalnego noclegu był sporym błędem. Do Szczecina już coraz gęstsze zabudowania i ruch miejski. W Szczecinie największe wrażenie robią na mnie korki. Solidne, wielokilometrowe. Każda ulica w którą skręcamy pokryta stojącym sznurem samochodów, jakby cały Szczecin ustawił się w kolejce po coś ważnego. Ale jest też jeden przemiły akcent – czeka tu na nas rowerowy kolega, Szymon Wojtczak ze swoją mamą, która też śledzi i kibicuje. Pozwalamy sobie wypić trochę wspaniałej ziołowej herbaty, jednak dużo większym dopingiem jest po prostu chwila dodającej energii rozmowy. Dzięki Szymon za to spotkanie!

O godzinie 19.30 dojeżdżamy do Międzyzdrojów, robimy zakupy i zastanawiamy się co dalej, wraz z tatą, naszym strategiem. Za ok. 95 km jest Kołobrzeg, udało się zrobić rezerwację. Dystans brzmi niegroźnie, jednak jesteśmy przerażeni na myśl o tych nadchodzących kilku godzinach.

Po ok. 20 km koszmar dzisiejszej nocy zaczyna powoli nadciągać. Wkładamy słuchawki do uszu, puszczamy muzykę, by trochę się ocknąć. Nie jestem pewna, czy jest to dobry pomysł. Niby nic nieznacząca drobnostka – nie zdążyłam zgrać muzyki przed wyjazdem. Jest tu głównie pewna dyskografia nagrana kiedyś… Klikam play, niby na pobudzenie… Radiohead. Rozciągające się w nieskończoność słowa piosenki „Fake Plastic Trees” zaczynają mieszać się z tą coraz bardziej senną atmosferą i nieprzytomnym wciskaniem w pedały. Zaczynamy brodzić w tych dalekich krainach poza granicami komfortu, gdzie każda minuta jest katorgą, siłowaniem się z sennością. Przerwa, jedna za drugą. Tomek gdzieś został. Wracam. Nie jestem pewna, czy jechał, czy znów zasypiał. Widzę lampkę, jedziemy. Jednak nie, muszę zaraz stanąć, zamknąć oczy… Jest wiatka…Na minutę, może kolejną… Jeszcze ponad 30 kilometrów, z których każdy rozciąga się jak guma…Wjeżdżamy do jakiegoś opustoszałego miasteczka ze starymi kamienicami…była chwila nadziei, że może tutaj będą czekały gdzieś palące się światła i napis „hotel”…wyjeżdżamy.

Znów robi się kompletnie ciemno. Tomek gdzieś z tyłu…odwracam się, widzę go po drugiej stronie ulicy, potykającego się o krawężnik. Bez wielkiej nadziei wpisujemy słowo „hotel” w wyszukiwarce. Godzina 0:30. Nie wierzę, by ktokolwiek mógł odebrać, daję słuchawkę Tomkowi.

– Tak, możemy przyjechać? Będziemy za minutę.

Ledwo co kroczyliśmy przez jakieś najgorsze czarne senne czeluście w naszych głowach, mając w perspektywie jeszcze nie wiadomo ile trwające tortury. W kilka chwil znaleźliśmy się bezpieczni, w ciepłym łóżku. Jak z piekła do raju. Odlatujemy.

 

DZIEŃ 14. Finiszu dzień ostatni

Trzebiatów – Rozewie 275 km

Tomek sprawdza radar pogodowy. Wygląda, jakby głupio żartował, to nie jest możliwe…Dostaliśmy dziś na finisz…wiatr w plecy! Chyba już wszyscy, łącznie z pogodą mają dosyć gapienia się na nasze kropki. Pewnie tak jak i czytania tej relacji – ale postaram się już nie przedłużać.

Ruszamy o 6:30. W Kołobrzegu postój w Mcdonald’s, tym razem zabieramy sobie trochę bułek na drogę. No i jedziemy jak królowie na metę z tym wiatrem w plecy – chyba pierwszy raz w życiu mam okazję doświadczyć czegoś takiego, nigdy nie układałam sobie tras względem wiatru, ten dzień jest rowerowo niezłą frajdą. Choć tereny nudne i nieciekawe, nadmorskie tandetne „kurorty”, zakazy ruchu dla rowerów i trąbiące auta spychające na urywające się zaraz ścieżki. Bardzo długi odcinek DDR meandrującej raz po lewej, raz po drugiej stronie ulicy, który urozmaicił ostatni dzień zawodów grą w „zgadnij, gdzie jest ścieżka”.

– „Kur…jak to kręci” – bełkocze do mnie szukając zrozumienia mijający mnie żulik.

Ustka. Zakupy w Żabce.

– No i gdzie Wy jesteście? – dzwoni do mnie kompletnie niespodziewanie Kondziu i po chwili podjeżdża nas wyściskać. Wiatr w plecy to nic, przy takim dopingu!

Jednak musimy się spieszyć, wiatr niedługo ma się odwrócić. Mijamy jezioro Gardno, Słowiński Park Narodowy – na powrót zaczyna robić się ładnie. Tomek śmieje się ze mnie, gdy wciąż przebąkuję, że boję się tych ostatnich, czekających nas podjazdów. Boję się też, że wkroczymy znów w noc i kawałek przed metą zacznie nas znów zmulać. Zresztą nagle dopada mnie senność, już za dnia tak blisko przed metą… W tym momencie wyjeżdża do nas Tomek Zakolski, z którym rozpoczynaliśmy cały maraton. Widząc ten szeroki uśmiech i świeżą nogę (jak i świeże ciuchy), energia wraca.

Górki na końcu okazują się być tylko dopełnieniem tej świetnej pogody finisz, którą dostaliśmy jak w prezencie. Pięknie wygląda zachód słońca na tym pagórkowatym terenie. Szybki zjazd z Czymanowa z widokiem na jezioro Żarnowieckie – absolutny sztos! Przed ostatnim dużym podjazdem wita nas jeszcze Michał z mojego niezawodnego Morenka Team. Wszystko jak w jakimś bajecznym, przesłodzonym happy endzie filmu.

Po ciemku już, żwawo jedziemy ostatnie kilometry przez las. Cały czas gadam chłopakom: „ale jeszcze ten ostatni podjazd w Rozewiu” – który jakoś strasznie urósł mi w oczach na wykresie wysokości. Mieli rację, jednak przesadzam… I jest! Godzina 21:07. Czas 13 dni, 9 godzin, 7 minut. Słyszę brawa, spośród których przebija się szczekanie mojego psa. Meta. Tyle osób tutaj na nas czeka! Rodzice, organizatorzy, kilku innych Zawodników, Marzenka, z którą obiecałyśmy sobie tutaj dojechać…

Jak czuje się człowiek na mecie po przejechaniu 3200 km wokół całego kraju? Nie za bardzo wiem. Każdy długi dystans najlepiej dzielić sobie w głowie na odcinki – na mecie chyba głównie cieszę się, że sprawnie udało się dziś zrobić te 275 km, że odcinek na dziś mamy już za sobą i że zdążyliśmy przed atakiem senności.

A jechać będę jeszcze przez jakiś czas.

Budzę się w środku nocy w swoim mieszkaniu. Wciąż pedałuję. Do kuchni jest jeszcze 60 km. To już tylko trochę, dam radę…

 

Dziękuję!

Wszystkim trzem Tomkom za towarzystwo na trasie, troskę i wspólne przeżycie tych nie zawsze łatwych i miłych chwil… ;) 

Tomkowi Szypulskiemu – ubrania, które nam zostawiłeś były największą możliwą pomocą, bez nich daleko byśmy nie zajechali

Tomkowi Zakolskiemu – za pogodę ducha, uśmiech i cierpliwość w każdej sytuacji

Tomkowi Zatorskiemu – nie tylko za wytrzymanie z babą przez prawie dwa tygodnie, ale i za olbrzymią ilość czasu spędzoną przed zawodami na trzymaniu mi torebki na zakupach…tfu – za pomoc w doborze sprzętu ;)

Romkowi Kaczmarczykowi za gościnę, zorganizowanie wspaniałego pit-stopu i cierpliwe czekanie na wszystkich, aż do ostatniego zawodnika

Wszystkim, którzy złapali nas gdzieś na trasie by pokibicować- każde spotkanie było jak wielki podmuch wiatru w plecy: Krzyśkowi, Kondziowi, Szymonowi, Mamie Szymona, Adamowi, Michałowi, Magdzie, Ramolowi (Rafałowi z Ujsół, który chciał dojechać, lecz w tej pogodzie wybrał DNF – również ;p), oraz wszystkim, którzy do mnie pisali motywujące wiadomości – czytałam wszystko, choć tym razem ze względów bezpieczeństwa nie zawsze mogłam odpisać;)  , a także wszystkim, którzy trzymali kciuki obserwując nasze kropki

Grzesiowi – za te codzienne rozmowy, bez nich ta droga nie byłaby taka sama

Martynie – za te wszystkie babskie pogaduchy na trasie i cierpliwe słuchanie, gdy w słuchawce słychać było niewiele poza szumem wiatru

Kondziowi – za przekonanie mnie kiedyś, by nie odwlekać startu na nie wiadomo kiedy, i że ta edycja ma być właśnie TĄ edycją (pamiętam tę rozmowę przed MPP, na którą zresztą tu też Ty mnie namówiłeś)

Robertowi Woźniakowi, który mijając mnie gdzieś w trasie powiedział: „jeżeli chcesz to przejechać, to czemu miałoby się nie udać”

Sylwii Kowalskiej – za niezwykle miły sms, który Tomek odczytał mi akurat w momencie, gdy zastanawiałam się, na co mi to wszystko

Łukaszowi Mirowskiemu i Wikiemu, którzy na mecie USGR przekonali mnie, że warto jechać, i dodali wiary we własne siły

Radkowi Rogożowi za kilka rad w trakcie trasy, dzięki którym nie daliśmy się kontuzjom

Serwisowi Lewicki za pomoc w przygotowaniu roweru

R-cito – najlepszemu gabinetowi fizjoterapii w całym Trójmieście, a przede wszystkim Michałowi – za doprowadzenie moich nóg do ładu przed jak i po starcie

Marzence i Renatce, czyli pozostałym startującym dziewczynom – za to, że bardziej się wspierałyśmy niż się ścigałyśmy (no…choć wiadomo, bez tego drugiego nie ma zabawy…;) ) Twarde z Was dziewczyny!!!

Danielowi – nie tylko za organizację całej imprezy dającą tylu osobom możliwość przeżycia tej wspaniałej przygody, świetną trasę, czekanie na mecie do ostatniego zawodnika, jak i za powiedzenie mi przez telefon „dasz radę”.

Rodzicom. Tacie za wielkie zaangażowanie i Mamie, która tak bardzo się denerwowała, że ja już nie musiałam:)

Przełącz na pełną wersję witryny