Pokaż / ukryj menu

3200km dookoła Polski

Trasa maratonu poprowadzona jest możliwie najbliżej granic Polski. Przechodzi przez najpiękniejsze zakątki kraju.

Dookoła Polski w 10 dni

Na tak długiej trasie wszystko jest możliwe, najważniejsza jest strategia i odpowiednie rozłożenie sił.

Wszystko jest możliwe

Stań razem z nami, wśród najtwardszych kolarzy na świecie, na linii startu jednego z najdłuższych maratonów rowerowych na Ziemi.

Monitoring 2021 Zawodnicy 2021 Relacja MRDP 2021 Komentarze Aplikacja MRDP

Piluch Marek – relacja

MRDP sierpień 2013

Dzień pierwszy

Wstępu nie będzie. Opisywałem już i opowiadałem, że ponad trzy lata na to czekałem, że miałem sporo wątpliwości… Wystarczy. SMS-y będą. Dostawałem ich dziennie około pięćdziesiąt. Ze wsparciem, z prognozą pogody, z adresem noclegu, z opisem sytuacji na trasie. Wszystkie oczekiwane i bardzo pomocne. Będą tu przedstawiane w oryginalnej pisowni, autorzy podawani tak jak są w mojej książce adresowej. Pisze Zuza: „Powodzenia. Trzymam kciuki”. Pisze „T”: „Myślę, myślę, więc bądź silny”.

Jastrzębia Góra, przylądek Rozewie, dochodzi godzina zero. Dziewiętnastu zawodników gotowych do startu. Większości nie znam. Znam natomiast doskonale Waksmunda i Wilka. Łączy nas od kilku lat forum podrozerowerowe.info. Przejechaliśmy razem wiele kilometrów, wypiliśmy niejedno piwo, przegadaliśmy niejeden wieczór. Stanowimy swego rodzaju awangardę ultramaratończyków na forum. To od nas zaczęły się starty w BBTourze, za nami poszli koledzy z forum. Mamy zdjęcia naszej trójki na starcie w Świnoujściu, mamy na mecie w Ustrzykach, mamy w szpitalu, gdy przyjechali rowerami z Warszawy odwiedzić mnie w Piotrkowie, nie mogło więc obyć się bez zdjęcia na Rozewiu. Pstrykamy fotkę, życząc sobie, aby powtórzyć to za dziesięć dni.

Ruszamy. Początki spokojne, po bruku, do Władysławowa. Potem na asfaltach peleton rozpędzał się coraz bardziej. Sprawnie przemknęliśmy przez Trójmiasto, często wężykiem między rzędami aut czołgających się w ślimaczym tempie w korkach. Za miastem szybkość znów wzrasta. Pędzimy 30-35 km/godz. Dla mnie za szybko, ale nic to, do promu w Mikoszewie wytrzymam bez problemu, potem odpuszczę grupę. Tak też się stało. Niedługo jedziemy razem z Wilkiem. Będziemy jechać razem do północy, do Bartoszyc. Za Elblągiem umawiamy się na wspólne zakupy i obiad we Fromborku. Ja odbijam na chwilę na stację benzynową po zakup jakiegoś picia, bo bidony już puste. Spotykam tam Marcina Nalazka. Pozornie nic nieznaczący incydent, ale spotykać się będziemy wielokrotnie na trasie do samej mety. Wyruszamy z tej stacji razem, Marcin po chwili odjechał mi, jak chciał. We Fromborku spotykam Wilka i wypełniamy wcześniejszy plan. Jechaliśmy razem do Bartoszyc, gdzie ja zostałem na nocleg. Wilka dogoniłem dopiero na mecie. Dojechał tam około półtorej doby wcześniej.

Pisze „Waski”: „No to dobrych i regenerujących snów. Oby tak dalej. Dobranoc”.

Noclegi. Wiedziałem od dawna, że jazda nocą przez dłuższy czas to nie jest moja specjalność. Poza tym nie da się organizmu oszukać do tego stopnia, żeby nie spać dziesięć dni pod rząd. Założyłem sobie przed startem, że każdej nocy muszę spać około pięć godzin w łóżku, na kwaterze czy w hotelu. Inaczej nie dam rady. Padnę. Do tego codziennie gorący prysznic, kolacja, śniadanie. Miałem sporo „pomagierów” pod telefonami w całej Polsce. Od noclegów była córka Zuza i Mikołaj. Pod wieczór orientowałem się już, dokąd mogę danego dnia dojechać, telefonowałem i prosiłem: załatwcie mi nocleg np. w Krynicy. Za pół godziny dostawałem SMS z adresem i numerem telefonu najczęściej do jakiejś agroturystyki. Gospodarze byli uprzedzeni, że zjawię się około północy, czekali na mnie z kolacją, ze śniadaniem na jutro. To działało doskonale i dało efekty. W Bartoszycach spałem w hotelu. Niestety emocje nie dawały mi zasnąć. Może godzinę, może dwie naprawdę spałem. To musiało się odbić czkawką następnego dnia.

Dzień drugi

O szóstej z minutami wyruszam z Bartoszyc. Po dziesięciu kilometrach nogi wchodzą w normalny tryb pracy, jadę swobodnie, szybko. Wąskie, trochę podziurawione mazurskie asfalty. Pojawia się zagadnienie mikronawigacji, czyli jak omijać dziury, aby siedzenie jak najmniej odczuło dyskomfort i można było na siedząco dojechać do mety. Nawigowałem skutecznie. Do samej mety nie miałem żadnych otarć, odgnieceń, odparzeń. Duża w tym zasługa codziennej kąpieli. Na tym też między innymi polegała realizacja obmyślonej wcześniej taktyki. Po jakiejś godzinie doganiam Mareckiego. Przebieramy się w krótkie ciuchy. Ruszamy razem, odjeżdżam mu jednak niebawem. Zbyt wolne tempo dla mnie.

Pisze aaadam: „Dajesz, dajesz! Pamiętaj, że wiele osób Cię obserwuje, więc nie możesz dać ciała”.

Śniadanie w hotelu nie było zbyt obfite, zjadłem tylko coś z własnych skromnych zapasów. W Węgorzewie wjechałem do miasta, aby znaleźć restaurację i zjeść solidne drugie śniadanie. Opłaciło się. Pełen wigoru ruszyłem w drogę. Dalej było dużo remontowanych dróg, odcinków dróg szutrowych, były odcinki ruchu wahadłowego. Wjeżdżałem najczęściej na czerwonym świetle, mając świadomość, że jestem pojazdem wąskim i z autem jadącym z przeciwka minę się lub zatrzymam się i zejdę na pobocze. Ani razu nikt się nie zdenerwował, nikt nie trąbił na mnie. Gdzieś w tych szutrach było szkło lub inne paskudztwo – złapałem pierwszego na maratonie kapcia. Piętnaście minut trwała wymiana dętki. Dalej jazda bez specjalnych przygód. Wieczorem zaczął mnie morzyć sen. Na nocleg byłem umówiony w Supraślu z Adamem i Joanną. Czekało na mnie wszystko, a ja się męczyłem potwornie i nie mogłem dojechać. Gdyby nie świadomość, że na mnie czekają, gotów byłem położyć się przy drodze i spać. Pomimo jazdy z urządzeniem GPS pobłądziłem z tego zmęczenia na podrzędnych drogach. Docieram do Supraśla około pierwszej w nocy. Joanna zmęczona i niewyspana jest „na baczność” i uśmiechnięta. Szybko przekazuje mi szczegóły mojego tu pobytu, rozmawiamy też chwilę jak normalni ludzie. Bezcenna pomoc. Dziękuję. Szybko jem, co było do zjedzenia, myję się i idę spać. Tym razem zasnąłem jak niemowlę.

Dzień trzeci

Wyruszam dopiero o ósmej. Sen – organizm musiał dostać swoje. Rozkręcam się na ładnej, wąskiej, asfaltowej drodze przez las. Z przeciwka tnie ciężarówka z drewnem. Bez stresu. Odbił trochę w swoją prawą stronę, ale nie zwolnił ani o włos. Jakoś się zmieściłem. Na ścianie wschodniej bardzo popularna nawierzchnia wyglądała tak, jakby wymyła z niej czarną smołę, a zostały tylko poprzyklejane kamyczki mniej więcej centymetrowej średnicy. Rozkosz. Nadgarstki chcą odpaść. Mimo wszystko trzymam niezłe tempo, noga podaje, choć wiatr nie sprzyja.

Pisze Yoshko: „Dzień dobry. Od Siemiatycz będzie glanc droga oraz po południu wiatr się zmieni”.

Jasnowidz chyba. Zgadł wszystko. W Siemiatyczach obiad i ruszam dalej w lepszych już warunkach. Tempo wysokie, często 30 km/godz. Nocleg zaplanowałem we Włodawie. Jakieś 40 km wcześniej doganiają mnie Krzysiek Weszczak i Tomek Knopik. Byli na stacji benzynowej i, zobaczywszy mnie, ruszyli w pogoń. Do Włodawy jedziemy razem. Ja zostaję na nocleg, oni ruszają w noc. To był dla mnie dobry dzień. Zasiał wiarę we własne siły, w możliwość ukończenia maratonu. Rachunek był prosty: jadę już trzeci dzień. Przejechałem prawie 900 km. Nic mnie nie boli. Potrafię jechać szybko. Rower sprawny. Czegóż chcieć więcej? To się musi udać!!! Tam uwierzyłem w sukces.

Dzień czwarty

Pisze aaadam: „Wytrwałości życzę oraz samych pozytywnych myśli na trasie. Bez tych rzeczy daleko nie zajedziesz. Pozdrawiam”.
Wyruszam o szóstej. Ciepły, pogodny dzień. Szybko wchodzę w dobry rytm jazdy. Pół godziny później ściągam długie ciuchy. Doganiam i wyprzedzam młodą i ładną dziewczynę na rowerze. Wymieniamy uśmiechy od ucha do ucha. Dalej środkiem drogi maszeruje bocian. Nie zląkł się zanadto, usunął się tylko na lewy skraj drogi. W końcu to on był u siebie. Dalej trzy sarny przeskakują drogę blisko przede mną. Ech, uroki ściany wschodniej.
Pisze Michał Wolff: „ Od Dorohuska do Zosina tragedia z drogami. Dalej zaczynają się świetne szosy”.

Bezcenna wiadomość. Przygotowała mnie na tragedię, a było tylko zwyczajnie źle. Jadę. Dobrze jadę. Od Zosina super droga i dobry kierunek wiatru. Upał. Dawno nie było sklepu. Wjeżdżam na podwórko. Gospodarzy nie ma. Pies na szczęście uwiązany krótko, bo chyba mnie nie polubił. Na ścianie domu kran z zimną wodą. Myję się, piję, napełniam bidony. Zbliżam się do Tomaszowa Lubelskiego, droga robi się pofalowana, zaczynają się pagórki. Przez długi czas będzie to już trwały element krajobrazu. W Tomaszowie obiad. Spotykam w restauracji dwóch sakwiarzy z Niemiec. Wymieniamy trochę kurtuazyjnych słów oraz podstawowych informacji po angielsku. Wygląda na to, że mnie zrozumieli  Po obiedzie wjeżdżam w tereny znane mi z rowerowych wędrówek po Roztoczu: Lubaczów, Narol, Cieszanów.

W końcu dojeżdżam do Radymna, a już wieczorem do Przemyśla. Nocleg mam zamówiony w Huwnikach przed Arłamowem. Jeszcze dwadzieścia dwa kilometry. Dłużą się – jakieś objazdy pod koniec – jadę i jadę i dojechać nie mogę. Dojeżdżam w końcu. Bardzo dobra kwatera i standardowy wieczór: prysznic, kolacja i spać.

Dzień piąty

Ruszam o godzinie 5.20. Zaczynają się góry. Grawitacja. Szatański wynalazek Izaaka Newtona. Wykonuję pracę w polu grawitacyjnym. Energia kinetyczna niepokojąco maleje. Rośnie za to energia potencjalna. Rośnie mi potencjał? Potencja może? Nie widzę, nie rozróżniam. Potu przybywa. Zaraz po starcie podjazd pod Arłamów. Przez długi czas łagodny, końcówka ostrzejsza. Dobrze, że jadę go w dzień. Nie daje specjalnie w kość. Za to zjazd po dziurach. Ręce bolą od hamowania. Przyspieszenie grozi śmiercią lub kalectwem. Na szczęście już od Krościenka normalna droga, a od Ustrzyk Dolnych dodatkowo znana od lat. Podjazd pod Czarną idzie równo i planowo.

Pisze Eranis: „Marek, świetnie Ci idzie! Taktyka siły spokoju daje efekty, jesteś jednym z niewielu, którzy nie skarżą się na bóle. Masz duże zasoby na góry. Powodzenia i pomyślnych wiatrów w plecy”.
W Ustrzykach Górnych duża porcja rosołu z dużą porcją pieczywa. Jadę dalej, wspinam się pod przełęcz Wyżnią, niebawem pod Wyżniańską. Pokonuję je bez większego bólu. W Cisnej normalny obiad. Za Cisną chmurzy się coraz bardziej. W końcu pada. Na przystanku autobusowym mijam Krzyśka Weszczaka. On jeszcze przeczekuje deszcz i dożywia się. Jestem w Komańczy. Błąd nawigacyjny. Zamiast skręcić w lewo pojechałem łukiem w prawo na Rzepedź. Ułożenie drogi było bardzo sugestywne, pojechałem główną, nie spojrzawszy na GPS.
Ocknąłem się po pięciu kilometrach. Wracałem w deszczu przez odcinki robót drogowych, przez ruch wahadłowy na czerwonych światłach. Szaleństwo. Dziesięć kilometrów w plecy. Chyba po godzinie deszcz uspokaja się. Jadę. W Tylawie spotkanie z Marcinem Nalazkiem.

Odjeżdża mi. Spotykam trójkę zawodników pod sklepem w Dukli. Ja jadę dalej. W Nowym Żmigrodzie czeka na mnie kolega z forum, Senes. Dawno się nie widzieliśmy. Jem u niego superpizzę, rozmawiamy chwilę, po czym ruszam dalej. Znowu spotkanie z K. Weszczakiem, z którym będę już jechał do końca dnia, będziemy razem nocować w Powroźniku. W pobliżu nas są jeszcze M. Nalazek, M. Kosecki, T. Knopik. Od początku maratonu jadę w końcu stawki. To jeszcze nic, ale jadę też na styk z dziesięciodniowym limitem, a nie chcę go przekroczyć. Trzeba zrobić ruch pozwalający przesunąć się do przodu. Od rana miałem plan, że odcinek z Powroźnika do Krościenka nad Dunajcem pojadę nocą. Trasa płaska i bardzo dobrze mi znana, drogi dobrej jakości – można ciąć! Niestety. Bieszczadzkie deszcze, a potem zimna noc dały się we znaki. Jestem mocno zmarznięty, decyduję się na nocleg w agroturystyce w Powroźniku. Kolacja super. Domowej roboty biały ser, takiż pasztet i kiełbasa, do tego pomidory, ogórki kiszone, świeży chleb. Nie mogę się powstrzymać – jem, jem….

Dzień szósty

Wyruszamy z Krzysztofem zaraz po szóstej. Wjeżdżamy w ziemię sądecką. Jestem wzruszony, dawno tu nie byłem choć mieszkałem tutaj tyle lat. Wszystko znajome, bliskie.
Droga znana na pamięć, przejechana wielokrotnie. Delikatny podjazd przed Żegiestowem, Wierchomla, gdzie pracowałem dziewięć lat, Piwniczna. W Piwnicznej wycofuje się z wyścigu Radek Tusiński. Przekazuje mi pozostałe mu batony i żele. Dzięki – przydały się bardzo. Jadę dalej, chłonąc znajome widoki. Rytro, Stary Sącz, Krościenko nad Dunajcem.
Tutaj jest półmetek imprezy. Jestem odrobinę przed limitem czasu. Zaraz jednak w okolicy Grywałdu skręcam w Pieniny. Ostry podjazd w Hałuszowej, potem zjazd do Niedzicy i zaczyna się wspinaczka pod Łapszankę. Długa i mozolna. Na szczycie czeka na mnie Erwin. Dowiózł mi jedzenie, picie, baterie do GPS. Kolejny przykład wspaniałej, bezinteresownej pomocy, jakiej zaznałem na tej trasie wielokrotnie.

Pisze Marek Nowicki: „Generale, obserwujemy, podziwiamy i trzymamy kciuki. Marek z rodziną”.

Kolega z wojska, razem byliśmy w podchorążówce w stanie wojennym. Spotkamy się jeszcze na trasie za kilka dni.

Przez Zakopane przejeżdżam razem z Krzysztofem. Później zatrzymujemy się na pizzę w Witowie. Krzysiek ma kryzys. W głowie ma ten kryzys. Kompletny brak wiary w siebie, w możliwość ukończenia wyścigu. Jeszcze przed startem ustawił się w pozycji przegranego. Takie wrażenie odniosłem od razu po spotkaniu na peronie w Gdyni. Zawodnik, który „dołożył” mi na BBTourze, miał tam czas przejazdu o cztery i pół godziny lepszy niż ja, teraz cały czas tłumaczy mi, że on jest wolniejszy, on będzie z tyłu jechał. Trochę „nakrzyczałem” na niego, że przesadza, że ma się wziąć w garść. Nie pomogło. Jego mina odzwierciedla absolutny pesymizm. Nie mogę z nim jechać. Zbytnio mnie dołuje jego postawa. Ja jednak mam inne podejście. Niedługo docieramy do Jabłonki Orawskiej, zaczyna się podjazd pod Krowiarki, przyspieszam, odjeżdżam do przodu. Jeszcze na podjeździe dostałem SMS, że Krzysztof się wycofał. Sorry Krzychu – nie mogłem inaczej. Przepraszam Cię też za tę psychoanalizę, ale może w ten sposób pomogę Ci na przyszłość?
Długa Zawoja. Łagodny, szybki zjazd. Robi się ciemno. Znów podjazdy przed Stryszawą. Pamiętam trasę z Pętli Beskidzkiej w 2009 roku. Idzie noc, postanawiam zanocować w Żywcu. Docieram tam senny jak zwykle o tej porze. Bez problemu znajduję nocleg w hotelu. Pani znalazła jakiś pokój „ekonomiczny” za 50 zł, choć w pierwszej wersji miało być 90 zł.
Koszty. Trzeba je ponieść, żeby MRDP przejechać. Jeśli chodzi o tę imprezę, to byłem zdeterminowany i nastawiony na cel – ukończyć maraton. Gdyby było trzeba, to z lekkim bólem serca, ale bez zmrużenia oka zapłaciłbym za nocleg i 100 zł. Ważny był cel. Zregenerować się i jechać dalej. O pieniądze będę się martwił po wyścigu.

Dzień siódmy

Wyjeżdżam z hotelu jeszcze o szarówce. Na śniadanie zapiekanka i kawa na stacji BP. Wcześniej w hotelu dwie bułki popite wodą z bidonu. Dość biednie, ale nie czuję głodu.
Zaraz po starcie podjazd pod Ochodzitą. Trzeci raz w karierze. Ostry. W Kamesznicy nachylenie dochodzi do 18%, nawierzchnia to jakieś płyty betonowe. Nawet nie zamierzam z tym walczyć. Prowadzę rower przez jakieś pół kilometra. To już drugi, ale też ostatni raz na trasie MRDP. Szkoda jednak energii, zdrowia – nie ma się co szarpać. Do mety jeszcze ponad tysiąc kilometrów. Gdzieś na szczycie drogowskaz w lewo z napisem: „Pochodzita 1 km”.
Natychmiast wyobraźnia podsuwa „gest Kozakiewicza”. Niedoczekanie twoje – nie pochodzę, jechał będę!

Pisze Towarzysz: „Za Tobą Nalazek, Knopik, Kamm. Tuż przed Tobą Gubała”.
Pisze Eranis: „Przed Tobą fajny etap. Chłopaki jak go jechali to byli zadowoleni. Będziesz miał okazję sprawdzić, czy nie przesadzili. Ciągle jedziesz, a to ogromny sukces. Taktyka się sprawdza. Prognozy na dziś pomyślne”.

Pisze Bogdan: „Podziwiam Twoją taktykę i jej realizację. Powodzenia w dniu siódmym”.

Bogdan – przyjaciel od lat. Według moich obliczeń od lat trzydziestu sześciu. To on wypisywał peany wierszem na moją cześć. To ten sam Bogdan. Ja wprowadzałem go niegdyś w arkana kajakarstwa, on do dziś zaznajamia mnie z gitarą. Trochę na zasadzie: „sytuacja jest ciężka, ale będziemy Cię uczyć”. 
SMS-y dają mi kopa. Podjeżdżam pod Kubalonkę i pięknym zjazdem docieram do Wisły. Jadę mocno, mijam Cieszyn. Gdzieś na stacji Shella przed Raciborzem dogania mnie Marcin Nalazek z „obcym” rowerzystą. Przedstawiam się, a on mówi: wiem, wiem, transatlantyk.

O kurczę!
Z Marcinem będziemy jechać wspólnie przez dwa dni. To było dobre towarzystwo. Marcin, trochę mocniejszy niż ja, lubił prowadzić. Solidarny, uczynny. Wspieraliśmy się, głupio dowcipkując, śmiejąc się. Gdy złapałem kapcia na zjeździe, naprawiał mi to Marcin, ja asystowałem jedynie. Dzięki Marcin za te dwa dni, za jazdę po wybrzeżu, za liczne spotkania po drodze.
Etap płaski, szybki, jedziemy sprawnie. W Nysie obiad, o zmierzchu dojeżdżamy do Złotego Stoku. Znowu działa magia forum podrozerowerowe. info. Mamy punkt serwisowy. Czeka kolega o nicku bob71. Mówiąc po ludzku – Bogdan. Nie spotkaliśmy się dotychczas nigdy w rzeczywistości. Teoretycznie obcy człowiek. Chciało mu się jechać nocą do mnie i dodatkowego kolegi z jedzeniem, piciem i dobrym słowem. Piękne.
Na profilu trasy Sudety najeżone są szpikulcami podjazdów. Postanawiamy z Marcinem pokonać jeszcze dzisiaj dwa takie podjazdy, nocleg zaplanowaliśmy w Idzikowie. Dla Marcina to pierwszy cywilizowany nocleg na trasie. On z braku czasu improwizował na całej trasie, nie był przygotowany organizacyjnie, logistycznie. Trochę był zdziwiony moją organizacją i ilością ludzi pomagających mi po drodze. Wymyślił później, że w tym roku to on jedzie na taki zwiad tylko, na rozpoznanie, a następnym razem to dopiero pokaże, co potrafi. Powodzenia Marcin! Masz ogromne możliwości.
Pierwszy podjazd idzie gładziutko. Skromne nachylenie, dobra nawierzchnia – jedziemy bez trudu. Potem nawierzchnia wyszczerza swe dziury, a na zjeździe robi się bardzo trudno z powodu tych dziur. Marcin rozpędza się i już po stu chyba metrach zjazdu łapie kapcia. Naprawa chwilę trwa. Potem następny podjazd po dziurach i ostatni już zjazd. Walczę ze snem. Śpiewam starą piosenkę „Pożegnanie z morzem”. Drę się na całe gardło. Chwila dekoncentracji – dziura, kapeć. Znów naprawa. Jest chyba pierwsza w nocy. Telefon z agroturystyki: no gdzie jesteście? Już blisko, ze trzy kilometry. Dojeżdżamy w końcu.

Spać!!!

Dzień ósmy

Pisze Adam: „Kobiety o Tobie z szacunkiem wzdychając piszą. Chłopy rozpytują o Focusy. Po przejechaniu mety rozpoczniesz zupełnie nowe życie … się bij, walcz, zmagaj!”
Napisałem w relacji online, że ten dzień będzie kluczowy, że innych już tu nie będzie. Wyścig wkraczał dla mnie w decydującą fazę. Żarty się kończyły. Mam opóźnienie, ale jeszcze na płaskich odcinkach mogę je zniwelować, jeszcze mogę wyprzedzić jakichś zawodników. Ciągle jadę ostatni. Dość tego. Trochę mam pecha, bo co kogoś wyprzedzę, to ten rezygnuje, a ja znów na ostatniej pozycji  Dzień jednak był bardzo trudny. Chyba najtrudniejszy dla mnie. Kryzysowy. Przejechałem tylko 200 km. Dużo podjazdów – może nie takie strome, ale z dziurawą nawierzchnią: podjeżdżanie utrudnione, a o jakimkolwiek zysku na zjeździe trudno marzyć. Ręce bolą od hamowania, na dziury trzeba uważać, bo już tylko jedna dętka w zapasie i czasu szkoda. Dojechaliśmy z Marcinem do Kowar. Tu rozstajemy się na czas jakiś. Ja zostaję na noc, Marcin korzysta przez chwilę z mojej kwatery i mojego punktu serwisowego, dożywia się, myje i pędzi w noc. Znów magia forum. Robb i Ania – załatwili ten nocleg, jechali z godzinę samochodem, aby dowieźć nam gar makaronu z czymś tam, multum kanapek, słodycze, baterie do GPS. Dzięki. To był mój ostatni komfortowy nocleg na trasie. Później przez dwie noce jechałem, walcząc z limitem czasu, z wiatrem, słabościami i kto to wie z czym jeszcze.

Dzień dziewiąty

O wpół do szóstej jestem już w drodze. Jeszcze tylko jeden podjazd do Szklarskiej Poręby i adieu góry, żegnaj grawitacjo, pa Izaaku Newtonie. Kocham góry, ale w tym dziurawym wydaniu i przy takim pośpiechu były po prostu trudne. Na początku Szklarskiej ścianka chyba 16%. Daję radę, cieszę się, że nie jechałem tego w nocy. Jazda nocą w takich warunkach jest zwyczajnie mało efektywna. Ja spałem cztery i pół godziny, Marcin Nalazek jechał przez noc. Rano dostałem meldunek, że jest raptem 45 km przede mną. Wydaje mi się, że lepiej na tym wyszedłem. Po podjeździe szybki zjazd do Świeradowa. Podmarzam, ale wzmacniam się psychicznie. Prędkość! Tak dziś będzie cały dzień. Pędzę jak na etapie do Włodawy lub nawet szybciej. SMS-y dodają sił.
Pisze Eranis : „Jak powiedział klasyk: prawdziwego mężczyznę poznaje się po tym jak kończy, a nie jak zaczyna, więc Twoja taktyka jest OK. I NIE JESTES SAM. Gorąco Tobie i chłopakom kibicujemy. Dajecie nam takie emocje, że w dołku ściska”. Pisze „T”: „Jestem”.
Mijam Zgorzelec i pędzę. Wizja mety, wiara w sukces – to wszystko uskrzydla. Szybko mijają kilometry. W okolicy Łęknicy spotkanie z Markiem Nowickim i jego żoną. Chyba pięć lat się nie widzieliśmy. Wyjechali na trasę pięknym, odkrytym, czerwonym samochodem retro, nie pamiętam już jakiej marki. Trzeba mieć tę fantazję. Jemy obiad w restauracji, prowiantu mają dla mnie tyle, że jeszcze chyba ze trzech będących w pobliżu zawodników zaopatrzyliby. Jechali później jeszcze dłuższy czas koło mnie, robiąc zdjęcia. Potem czekali na promie w Połęcku, gdzie się jeszcze doprowiantowałem i przyszło się rozstać. Do zobaczenia! Jadę! Szybko jadę. Mijają kilometry, mijają miejscowości, mija dzień. Zakładam oświetlenie i jadę w noc. Płaskie, dobrej jakości drogi sprzyjają. Wiatr odczuwalny, ale najczęściej boczny – nie czyni szkód. Mijam Słubice, Kostrzyń. Samotność długodystansowca i piękna, księżycowa noc. Jeszcze senność nie dokucza. Prędkość nakręca mnie. Gdzieś w Mieszkowicach czy Cedyni doganiam Tomka Knopika. Śpi na ganku jakiegoś domu przy ulicy. Zauważyłem rower, obudziłem Tomka. Coś mamrocze, że nie ma szans zdążyć na wtorek do mety. Mobilizuje się jednak, ruszamy razem. Po jakimś czasie i mnie jednak senność dopada. Śpimy pół godziny gdzieś na trawniku. Pomogło.’

Dzień dziesiąty

Chyba w Osinowie Dolnym zajeżdżamy na stację benzynową, ale istniejący tam bar jest nieczynny. Dopiero świta. Pijemy kawę, jemy jakieś batony. Ruszamy dalej. W Krajniku Dolnym otwarty sklep spożywczy. Kupujemy świetne drożdżówki, a pani robi nam ekstra dwie gorące herbaty z cytryną. O, jak dobrze! Ruszamy i jedziemy sprawnie i szybko.
Pisze vilqu z Irlandii: „Widzę, że transatlantyk pędzi pełną parą, brawo, brawo. Powodzenia na ostatniej prostej”. Pisze anonimus jakiś: „Cłopaki z Calisii na treningach zagrzewali się tak: Jedziesz ziomuś, jedziesz, świeży jesteś”.

Rozbawiło mnie to do łez nieomal. Skoro jestem taki świeży, to trzeba cisnąć. Psychika sprawuje się doskonale, wyzwala pokłady energii. Tomek jedzie dzielnie. Szybko zbliżamy się do Szczecina, omijamy go szerokim łukiem. W Goleniowie na stacji Orlenu doganiamy Marcinów: Nalazka i Koseskiego. Wyruszamy stamtąd we czterech. Ja z Tomkiem mamy niedługo punkt serwisowy, Marcin z Marcinem jadą do Wolina na obiad – tam spotykamy się później i jedziemy znów we czwórkę. Heniek – przyjaciel od lat ponad pięćdziesięciu. Zostawił pracę w Pile, wyjechał dowieźć nam jedzenie i picie. Kibicuje i pomaga mi na wszystkich BBTourach, spotykamy się też czasem na imprezach kajakarskich przy piwie i piosence. „Bystrze” też ma swoją magię i wyzwala w ludziach solidarność i więź. Dzięki Heniu. W Wolinie doganiamy z Tomkiem Marcinów i wyruszamy razem we czterech. Doskonale się złożyło, że taka grupowa jazda wypadła akurat na wybrzeżu, gdzie mieliśmy wiatr w twarz.
Koło Dziwnowa następny punkt serwisowy. Mietek z forum. Królewskie żarcie. Zasadniczo było przygotowane dla mnie, bo ani Mietek, ani ja nie przewidzieliśmy wcześniej, że będzie nas czwórka, ale pozostali trzej koledzy też mieli co zjeść, a ja najadłem się do rozpuku i jeszcze na drogę kanapki, słodycze, banany zabrałem. Mietek jechał jeszcze później do apteki i dostarczał po drodze lekarstwa dla Marcina Nalazka, który miał jakieś zatrucie. Piękny gest Mieciu. Jesteś wielki.

Jedziemy po zmianach, doskonale współpracujemy, pokonujemy wiatr i kilometry. W Trzebiatowie dłuższy odpoczynek, chwila drzemki na trawniku i lecimy dalej. Mijamy Kołobrzeg, pijemy kawę w Ustroniu Morskim. Ciężko. Powieki ciążą.

Dzień jedenasty

Pisze Olo: „Grzejcie chłopaki. Gdzieś przed Mielnem jest podobno nieprzyjemny przejazd kolejowy. Tory niemal równolegle idą do drogi. Jeden zawodnik tam leżał”.
Dzięki Olo. W samą porę ostrzegłeś. Byliśmy przygotowani. Atakowaliśmy go z lewej strony, skręcając mocno do prawej. Jeżeli ktoś nadjechał prawą stroną jezdni, czyli normalnie – musiał mieć kłopoty.
Mijamy Mielno, wjeżdżamy na mierzeję. Paskudnie jakoś. Spać się chce. Kończy się mierzeja na szczęście. Tomek Knopik mówi, że ma dość, że jest wykończony, że nie daje rady. Kładziemy się wszyscy na piętnaście minut drzemki. Pomogło. Ruszamy potem, ale droga fatalna, jakieś betonowe płyty, dużo piasku. Nie potrafię jechać po tym szybko. Dwóch Marcinów jest już wyraźnie z przodu, potem ja, za mną niknie światło Tomka. Jakieś remonty, objazdy, dziura na dziurze. Tragedia. Błądzę i kręcę się w kółko pomimo posiadania GPS. Uff, wybrnąłem z tego. Niedługo dogoniłem Marcinów, którzy zatrzymali się nie wiem już dlaczego. Tomka nie widać. Jedziemy we trzech. Do Darłowa. Tam kawa na stacji i pędzimy dalej. Zaczynam odstawać od prowadzącej dwójki. Raz, drugi mobilizuję się i ich doganiam, ale po chwili odpuszczam. Po prostu nie dam rady. Trudno. Wyścig ma swoje prawa. Chłopaki pędzą, cały czas kalkulując, czy zdążą na dwunastą na metę. Ja kładę się na dwadzieścia minut na przystanku. Potem będzie jeszcze raz dziesięć minut. Jadę w znośnym tempie. „Komputer” cały czas pracuje i liczy, czy zdążę na dwunastą. Cały czas jest taka możliwość. Tylko trzeba jechać. Szybko jechać. Za Ustką dogania mnie autem kolega Marcina Nalazka. Ma dla mnie kanapki, banany, batony. Biorę jedynie kanapki, bo pozostałe rzeczy mam ze sobą w sporych ilościach. Ubywają kilometry. Dojeżdżam do miejscowości Wicko. Chyba 70 km do mety. No i stało się. Odcięło mi prąd. Tak mocno jak nigdy dotąd. Zszedłem z roweru, ledwo stoję na nogach, ledwo jestem w stanie podprowadzić rower pod pobliski sklep. Kupuje dwa litry soku z czarnej porzeczki, jakieś drożdżówki. Pochłaniam to powoli, siedząc na ławce przed sklepem. Powoli mijają czarne myśli, wraca trzeźwość oceny, wraca życie. Po pół godzinie wsiadam na rower i nawet jadę. Jeszcze pomału, ale czas i dostarczony organizmowi cukier robią swoje. Wróciłem do świata żywych. Rozkręcam się. Napisałem SMS, że nie zdążę na metę w wyznaczonym czasie. Jednak jadę. Dojeżdżam w okolice Żarnowca. Widzę z daleka czekających na mnie ludzi. Poznaję Michała Z. i Michała B. – kolegów z forum. Mają aparaty w rękach – będzie sesja fotograficzna. Mobilizuję się, prężę muskuły. A co, trzeba trzymać fason. Nie poznałem Michała Wolffa! Dopiero później, już w domu, patrząc na zdjęcia, zorientowałem się, że on tam też był. Zgolił wąsy. Za chwilę mam piękny zjazd w dół, a później ostatni na tej imprezie podjazd. Staję na pedałach, żwawo posuwam się do przodu. Kryzys zażegnany, a błysk fleszy dodaje sił.  Niedługo Jastrzębia Góra i męcząca, dłużąca się ostatnia prosta przed metą. I wreszcie meta. Co za radość! Wszyscy czekali na mnie z zakończeniem. Godzina i trzynaście minut po limicie czasu. Mam to w nosie. DOJECHAŁEM!!! Daniel Śmieja też mówi, żebym się żadnym limitem nie przejmował. Uścisk dłoni prezesa, statuetka, pamiątkowe zdjęcie – wszystko. Aha, satysfakcja jeszcze ogromna, ale to już taka bardziej własna. Czuję się w jakiś sposób spełniony. Zrealizowałem jedno z marzeń. Uznanie wśród wielu, wielu osób, zaskakująco wielu. Zaskakująco wielu kibiców w internecie i po drodze. Mnóstwo okazywanej sympatii i ogrom bezinteresownej pomocy.

Chwilo trwaj!

Tomek Knopik dojechał na metę około sześć godzin po mnie. Tomek, gratuluję charakteru. Wyobrażam sobie, jaką walkę ze sobą musiałeś stoczyć. Zresztą nawet nie muszę sobie wyobrażać. Ja to po prostu WIEM. Powodzenia Tomek!

Dni następne

Zaprosił mnie Michał Z. do siebie po wyścigu: wpadnij do mnie, domyjesz się, najesz, wyśpisz. Wyśmienity pomysł. Nawet miałem siłę posiedzieć z nim chwilę wieczorem przy piwie. Rano odwiózł mnie na PKP. Używałem tu już określenia magia forum?  Akurat miałem doskonałe połączenia. O godzinie 17.30 byłem już w Ostrowcu. Niespodzianka. Na peronie czekało czterech kolegów z rowerami, ubranych „na rowerowo”. Przywitali, pogratulowali, zaprosili na obiad do restauracji, potem posiedzieliśmy u mnie przy piwie. Tak jak przed moim wyjazdem na maraton. Dzięki chłopaki.
Podsumowanie jakieś? Chyba trochę za wcześnie. Sama impreza? Jest taka, jak powinna być. Dla twardych ludzi, charakternych, bez rozpieszczania, bez blichtru, po trudnych drogach.
Czy wystartuję ponownie za cztery lata? To dużo czasu i trudno pewne rzeczy przewidzieć, ale w tej chwili jestem „na nie”. A już na pewno nie będę szukał większych wyzwań. Po prostu to już nie dla mnie. Czas płynie. Mam satysfakcję, że przez najbliższe cztery lata będę najstarszym uczestnikiem, jaki wystartował i ukończył ten maraton.
Pozostawiam sobie jakieś sprinty typu BBTour, łowy gminne i turystykę. No i życie, na które nieustająco mam ogromny apetyt, a wiele spraw musiało ustąpić miejsca maratonowi i długotrwałym przygotowaniom.

Przełącz na pełną wersję witryny